Ni stąd ni zowąd

Od kilku tygodni jestem pochłonięta pracą związaną z wydaniem książki. To już ostatnia prosta. Ledwo zipię. Nie mam natchnienia do pisania, brakuje fantazji, jako że mocno stoję na ziemi i za dużo dzieje się dokoła.

Ale dziś przyszła wena. Przyleciała z Polski od Anety, dziewczyny, która pisze z głębi duszy i pragnie spełnić się pisaniem. Próbuje znaleźć odwagę, by uwolnić rosnące w siłę marzenie.
Stała się mi bliska, czuję ją, zachęcam dodając śmiałości, całym sercem ją inspiruję.

No i proszę, dzisiaj ONA czuła, że jej potrzebuję. Zainspirowała mnie, obdarowała nie tylko uśmiechem, który przykleiłam na usta, ale lekkością ducha.
Czytając komentarz Anety, zrobiło mi się przyjemnie, energia jaka we mnie wezbrała dała to coś, co potrzebowałam, by zasiąść do pisania. Słowa: …jak cudownie jest budzić się z nadzieją, że kiedyś mogę spełnić swe marzenie… zabrzmiały niczym radosna melodia. Podekscytowały. Zaraz chciałam odpisać:
Aneta, niedługo zakwitną bzy, szukaj w nich kwiatu o pięciu płatkach. Uwierz, że marzenia się spełniają!

I w tym momencie pomyślałam o mojej siostrze, o Gosiku.
Przypomniały mi się lata z Polski, kiedy jeszcze chodziłyśmy do szkoły i marzyłyśmy o wojażach. Większość z nas ucząc się geografii podróżowała palcem po mapie. Pragnęliśmy zobaczyć świat. Jedni Grecję, kraj bogów i bogiń, inni Anglię, albowiem tam śpiewali Beatlesi, jeszcze inni chcieli polecieć przez ocean, do wielkiej Ameryki.
Ale byli i tacy, którzy drwili z marzeń, drwili zwłaszcza z tych, którzy pragnęli poszybować do egzotycznych zakątków świata. Naigrawali się mówiąc:
– Może do Honolulu, małpy straszyć?

Wtedy moja Gosik zamarzyła, by pojechać właśnie do Honolulu.
Jej marzenie wydawało się niemożliwe, powiedziałabym absurdalne, ale Gosik nie przestawała marzyć.

Od tamtego czasu minęło już 30 lat z hakiem i to nie małym.
Kilka tygodni temu Gosik zadzwoniła z nowiną.
– Lilka, przed chwilą dowiedziałam się, gdzie lecę w tym roku na konferencję – głos miała tak pogodny, że widziałam jej uśmiech. – Nie zgadniesz!
– Gdzie?
– Do Honolulu!!!

Nieraz sobie myślisz, że spełnienie marzenia już nie przyjdzie, a ono zjawia się niespodziewanie.
Ni stąd ni zowąd, rozpościera ramiona, zaskakuje nas samych.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , , | 15 Komentarzy

Wypatruj płetwy nad wodą

Wyskoczyłam z łóżka; ależ rajska pogoda! Marzenie. Rano, a już tak ciepło. Rozsunęłam na oścież balkonowe drzwi i spojrzałam na morze. Przez jakichś czas patrzyłam na jego widok, na turkusowe barwy krystalicznej wody. W Cancun wręcz nie sposób się jej oprzeć.

Wśliznęłam się w kąpielowy kostium, opasałam cienką, kolorową chustą z frędzlami. Chwilę spędziłam przed lustrem; już gotowa na plażę. Po drodze zatrzymałam się na krótkie gadu gadu ze znajomymi, którzy leżakowali przy basenie. Obok nich zostawiłam swoje rzeczy i zeszłam po kilku schodkach na piasek.
Hola! – pozdrowiłam przyjaciół siedzących w cieniu pod parasolem. Pomachaliśmy sobie na dzień dobry.
– Idę pływać – rzuciłam.
– Liliana! – zawołał Leo. – Bądź ostrożna, uważaj na rekiny.
Byłam pewna, że żartuje. Uśmiechnięta pokiwałam głową i pomaszerowałam do spokojnej zatoki przy Club Med, w której codziennie pływam.

W połowie drogi zaczepiła mnie Señora Laura.
Buenos dias Lili…czytałaś dzisiejszą gazetę?
– Nie, tutaj prasy nie czytam. Nie chcę karmić się złem i tragediami.
– Jest w niej wzmianka, że wczoraj, blisko brzegu zauważono rekina.
– Co? Niemożliwe! Od dwudziestu lat przyjeżdżam do Cancun… tu nigdy nie było strachu z powodu rekinów! W tym morzu jest tyle pożywienia, że one nie potrzebują go szukać przy plaży.
– Też tak sądziłam, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże, uważaj na siebie.
Gracias – podziękowałam zaskoczona i z bardzo dziwnym uczuciem poszłam dalej.
Spojrzałam na swoje ręce, dotknęłam szyi by upewnić się, że z pierścionkami zostawiłam w domu także łańcuszek. Spokojniejsza, że nie mam na sobie żadnych świecidełek, idąc skrajem brzegu robiłam gimnastykę. Rozgrzana doszłam do cypla Club Med, gdzie łagodne fale głaskały przybrzeżny piasek. Dałam nura w cudowną wodę i popłynęłam przed siebie. Po kilku minutach spostrzegłam Andrzeja płynącego w oddali za bojami. Pomachałam ręką, aby mnie zobaczył. Wtedy usłyszałam dźwięk gwizdka. Rozejrzałam się dokoła. W wodzie poza nami nie było nikogo, za to wyraźnie podekscytowany ratownik, patrząc w moją stronę gwizdał zawzięcie.
Podpłynęłam do brzegu i zapytałam:
– Jakichś problem?
Tiburon!…dzisiaj przed godziną widziano tu rekina. Nie sieję popłochu tylko ostrzegam. Bądź czujna i miej otwarte oczy.
Gdy stałam osłupiała, zastanawiając się czy ponownie wejść do wody, przypłynął Andrzej. Złapał mnie pod wodą za noge, rozbawiony. Spoważniał, gdy powtórzyłam mu to, co przed chwilą usłyszałam.
Troskliwie przytulił i uspokajał:
– Wypatruj cienia wielkiej ryby i płetwy nad wodą. Płyń wzdłuż plaży, blisko brzegu. Nie ma co panikować.
Niepewnie zanurzyłam się znowu w boskich falach. Płynąc cały czas trzymałam głowę nad powierzchnią, nieustannie rozglądałam się jak kameleon. Swój rutynowy dystans przepłynęłam wyjątkowo zmęczona. Z dudniącym sercem, na nogach miękkich jak z waty wyszłam na plażę i pomaszerowałam w stronę domu. Dochodząc do grupki przyjaciół zauważyłam poruszenie. Dyskutowali, a Leo co chwilę wpatrywał się w morze.
– Co się dzieje?- zapytałam zdyszana.
– Kilometr stąd rekin zaatakował Kanadyjkę – odpowiedział z przerażeniem w oczach. – Ale dziewczyna sama sobie zawiniła. Jakaś głupia, mówią, bo kiedy zauważyła rekina to zamiast uciekać, do niego podpłynęła. A była to matka z małym, więc nic dziwnego, że zaatakowała.
Na tę wiadomość zakłuło mnie w dołku. Ścisnęłam usta i obróciłam się w stronę Club Med wypatrując Andrzeja. Nie było go w zasięgu wzroku. Zdenerwowana poszłam do domu i wyglądałam go z okna. Uspokoiłam się po kwadransie, widząc jak dobiega do parasola.

Wieczorem, gdy spotkaliśmy się w restauracji z naszym przyjacielem Marco, opowiedziałam mu tę historię, ciągle pod jej wrażeniem. Roześmiał się w głos, kiedy skończyłam.
-Z czego się śmiejesz?
-Z niewiedzy, bo rekin to nie delfin! Z potomstwem nie pływa. Rekin to żyworodna ryba, rodzi wypuszczając do wody swoje małe i tyle. Nie słuchaj takich bzdetów. Prawdą jest jedynie to, że zaatakowana została Kanadyjka. Na szczęście przeżyła. Ta historia jest już w Novedades, na Internecie – Marco wyciągnął swoją Black Berry, by pokazać nam zdjęcia z ostatniej sensacji w Cancun.
Tydzień po przyjeździe do Ottawy, zadzwoniłam do swojej najlepszej przyjaciółki z Polski, by powiadomić ją, że jestem z powrotem w Kanadzie. Gdy się odezwałam, ona, ile tylko miała sił w płucach wydarła się na mnie z wyrzutem.
-Lilka, ja jak ta głupia czekam na twój telefon! Dlaczego dzwonisz dopiero teraz?!
– No, co ty, od mojego przyjazdu minęło zaledwie kilka dni. Czemu się denerwujesz?
– Bo u nas w telewizji trąbili, że w Cancun rekin poszarpał Kanadyjkę polskiego pochodzenia, w dodatku z Ontario. Ty byś się nie denerwowała?

Minął rok od tamtego wydarzenia, które zabrało mi rozkoszne uczucie beztroski, gdy zanurzam się w krystalicznej wodzie Karaibskiego Morza. Kolejny raz uświadamiam sobie, że w tropiku, to co piękne, zazwyczaj jest niebezpieczne. Mimo że meksykańscy przyjaciele zapewnili mnie, że z Mayan Riviera przegoniono wszystkie rekiny, to wskakując do boskiej wody, wciąż czuję drżenie.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , | 18 Komentarzy

Never stop!

Minął tydzień od kiedy wróciłam do mojego ulubionego Cancun. Przywiozłam emocje, niezwykłe wrażenia i ciałem jestem tutaj, ale duch pozostał tam, ciągle w Madrycie. W ujmującym swym pięknem, tętniącym życiem mieście, z jego fascynującą architekturą i zatrzęsieniem sklepów z obuwiem. Podziwialiśmy uroki stolicy Hiszpani w gromadce bliskich, z Andrzejem, Patką i wnuczkami. Przy słonecznej, lecz zimnej i wietrznej aurze, wyczekiwaliśmy Wielkiego Dnia – ślubu mojej ukochanej siostrzenicy, Karoliny. Nadzwyczajnego wydarzenia, na które z wielu kątów świata zjechali: rodzina, znajomi i przyjaciele. W nastrojowym podmiejskim kościółku przejęte Kasandra i Thalia z gracją sypały płatki róż pod nogi panny młodej.
Kroczyła u boku ojca przy dźwiękach wiolonczeli i skrzypiec. W radosnej atmosferze uroczystej ceremonii odbywającej się w trzech językach, drżało serce. Zatykało, gdy Patka czytała po polsku o potędze miłości. Do oczu cisnęły się łzy wzruszenia. Z uniesieniem spoglądałam na młodą parę. Emanowała z niej miłość.
Kocham Cię Karolina!
Te Amo Raul!
Never stop! – podchwycił ksiądz w ciszy świątyni. Do dzisiaj dźwięczą mi w uszach te słowa.

W pobliskim domu weselnym dawnego zakonu przyszedł czas na – cześć, witaj, ale się cieszę – uściski, całusy, znowu mokre oczy. Niepowtarzalne spotkania po latach.
Los rozsiał szkolną brać po świecie, wracały wspomnienia. Ożyły wspólnie spędzone lata. Cieszyły, rozbawiały opowieści, gdzieś w dołku trzepotały motylki.
Toż to tyle lat minęło od czasu, kiedy wszyscy mieszkaliśmy w Polsce, dzieląc te same radości i problemy. Teraz żyjemy w zupełnie innych światach. Zmieniliśmy się, nie da się ukryć. Wiek wyrzeźbił na twarzach nowe rysy, niektórym dodał ciała tu i ówdzie, włosy zmieniły kolor.
Co tam, nieważne! W szalonych tańcach, z muzyką wróciła nasza młodość, bo wszyscy znowu razem, wciąż pełni wigoru, silni i zdrowi.

Nadszedł czas, aby wymeldować się z hotelu. Rozmyślałam, czekając w recepcji. Przy kontuarze stała przede mną wyprostowana, wytworna pani w podeszłym wieku. Srebrne włosy miała zaczesane gładko do góry, spięte w koka. W uszach brylanty, na ręku grubą złotą bransoletę. Z pewnością siebie płaciła za pobyt w hotelu TRYP.
Obserwując ją, uśmiechnęłam się pod nosem, albowiem przypomniała mi się kiedyś zasłyszana historyjka.

Pewna starsza kobieta, przekraczając siedemdziesiątkę stwierdziła, że przyszedł czas, aby przestać oszczędzać i w jakiś sposób wynagrodzić sobie lata trudnego życia. Postanowiła zaszaleć. Ubrała kwiecistą spódnicę, bluzkę z falbankami, na szyję korale i pojechała do centrum Londynu. Tam zafundowała sobie trzy dni w pięciogwiazdkowym hotelu. Poczuła się dowartościowana, uśmiech nie schodził jej z twarzy. Rozkoszowała się każdą minutą spędzoną w luksusowym pokoju. Kiedy nadszedł czas by uiścić zapłatę za ową rozpustę, w recepcji hotelu poprosiła o rachunek. Mało się nie zakrztusiła własną śliną, gdy zobaczyła zawrotną sumę 1500 funtów. Drżącymi rękoma założyła na nos okulary i ponownie wlepiła oczy w rachunek.
– To jest absurdalna suma! – wykrzyknęła oburzona do przystojnego recepcjonisty w białej koszuli. – Ja tego nie zapłacę!
Zażenowany recepcjonista zawołał szefa. Pojawił się natychmiast menedżer z poważną miną, poprawiając krawat zwrócił się do starszej pani.
– W czym jest problem?
– A niby za co mam zapłacić, takie bajońskie pieniądze?
– To jest pięciogwiazdkowy hotel, proszę pani. Są tutaj trzy restauracje, salon piękności…
– Ale ja z nich nie korzystałam!
– Ale mogła pani. Jest siłownia, basen i sauna…
– Z tego też nie korzystałam!
– Ale mogła pani. Jeszcze są sala gier oraz kino…
Kobieta na moment zastanowiła się, pokiwała głową i wyjęła z torebki książeczkę czekową. Wypisała czek i podała go menedżerowi.
On podziękował, lecz po chwili zesztywniał. Wybałuszył oczy, rozdziawił usta, gdy zobaczył na czeku kwotę 500 funtów.
– Ależ proszę pani, rachunek za pani pobyt w naszym hotelu wznosi 1500 funtów, a nie…
– 1000 funtów jest za to, że pan ze mną spał.
Menedżer oblał się rumieńcem, po czym wybełkotał:
– Co pani opowiada, ja z panią nie spałem!
– Ale mógł pan.

Ta historia wywołuje nie tylko uśmiech na moich ustach, ale i nadzieję, że kiedy ponownie, gdziekolwiek na świecie spotkamy się w tym gronie przyjaciół, będziemy ciągle nie tylko silni i zdrowi, ale bystrzy i odważni, jak ta starsza pani.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , | 12 Komentarzy

Kijowe drzewo

Przed laty, zaintrygowana ochami i achami kupiłam pierwszą okrzyczaną powieść Johna Grishama „Firma”. Wciągnęła mnie od pierwszej strony tak bardzo, że połykałam ją w ekspresowym tempie nie nadążając przewracać kartek. Zafascynowana tematyką przez następne lata zaczytywałam się w kolejnych jego powieściach: „Klient”, „Komora”, „Rainmaker”, „Ława przysięgłych”. Zmuszona wgryzać się w prawniczą terminologię, poznawałam funkcjonowanie i zawiłości amerykańskiego systemu sprawiedliwości – American Justice.

Kiedy wzięłam do rąk „Testament”, czytałam dniem i nocą. Nie mogłam tej książki odłożyć, jakby miała skryty w sobie magnes. A w miarę ubywających stron, czułam, że ze wszystkich powieści Grishama, ona będzie mi najbliższą. Gdy z akcją przeniosłam się w brazylijską przyrodę, w gorący, wilgotny, pachnący słodko klimat, z każdym zdaniem wracały wspomnienia dżungli, gęstej, soczystej zieleni, barwnych kwiatów o dziwacznych kształtach, kolorowych motyli, egzotycznych ptaków, które nie ćwierkały tylko wydzierały się, jakby chciały zwrócić na siebie uwagę. Potwierdzałam jego spostrzeżenia. Ale gdy przeczytałam, że z kija wsadzonego w ziemię może wyrosnąć drzewo, roześmiałam się.
Mister Grisham, cudów nie ma, coś tu trochę przesadziłeś – pomyślałam. Pochłonięta w rozbudzonych wspomnieniach magicznej tropikalnej przyrody, wróciłam nad Amazonkę do Peru. Zdziwiona niespodziewanie wznieconą tęsknotą za Ameryką Łacińską, o której przez lata, jakbym zapomniała, że…

„Ameryka Łacińska — Najpierw bawi i wciąga,
potem nudzi, w końcu irytuje.
Kiedy się ją opuści, tęskni się zawsze!“

Prorocze słowa Elizo! Przyjaciółko ty moja dozgonna, za twoją przyczyną zmieniłam swoje życie. Sprawdza się to co napisałaś na małej brystolowej karteczce dołączonej złotą tasiemką do pożegnalnego prezentu. Otworzyłam go dopiero w samolocie, kiedy wspinał się w chmury opuszczając Peru. Wracałam do Polski, stęskniona za rodziną, za przyjaciółmi, za ojczyzną. Wtedy, gdy je czytałam nie przeszło mi przez myśl, że się ziszczą, że zatęsknię kiedyś za Ameryką Łacińską. A jednak…

Do Meksyku przywiózł mnie Andrzej dwadzieścia jeden lat temu. Sam rozmarzony w Karaibach nie przypuszczał, że obudzi drzemiącą we mnie namiętność. Roznieci, uszczęśliwi, wypełni mi nią duszę. Od momentu, kiedy wylądowałam na wschodnim skrawku tego kraju, powrócił zachwyt do tropiku, zrodził chęć bycia w nim. Zmienił się sens życia, zmieniły priorytety, zatoczyły koło. Dojrzałam nowe przeznaczenie. Los zapisany w gwiazdach ponownie pchnął mnie w te strony świata, słoneczne, parne, pełne nadzwyczajnej przyrody, która wciąż zaskakuje.

Zaskoczyła mnie dzisiaj, idąc krętą ścieżką zdrowia natknęłam się na wsadzone w ziemie kije. Jedne zupełnie nagie, z innych tu i ówdzie wyrastały gałązki obsypane listkami. Przyglądałam im się z zaciekawieniem. Kręciłam głową mijając kolejne, aż za zakrętem stanęłam osłupiała. Nie dowierzałam, widząc gęstą koronę zdobiącą czubek jednego z nich.
To już można nazwać małym drzewem – przyznałam.
Sorry Mister Grisham, zwracam honor.
W tropiku cuda się zdarzają.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 25 Komentarzy

Zrelaksuj się!

Pamiętacie te miesiące,
tuż przed nadejściem 2000 roku?
Straszono kataklizmami, awariami elektrowni i systemów komputerowych. Grożono światowym załamaniem się infrastruktury transportu, systemów zaopatrzenia sklepów w żywność.
W krajach rozwiniętych z trudem powstrzymywano panikę, z lękiem wyczekiwano nadejścia nowego roku. Rządy przestrzegane przed mogącymi nastąpić konsekwencjami wydawały miliardy pieniędzy na korekty oprogramowań systemów informatycznych daty 01-01-00, początku nowego tysiąclecia.
Nadeszło. Rok 2000 rozpoczął się bez komplikacji. Komputery nadal funkcjonowały, samoloty latały tak, jak wcześniej, a w sklepach do dzisiaj nie brakuje świeżych jabłek, bananów i pomarańczy. Życie toczy się dalej, tylko, że znowu ci, co mają w tym interes wprowadzają zamęt w naszych głowach, by żerować na ludzkiej bojaźni. W dodatku mieszają do tego Majów.
Oburza mnie, kiedy ich kulturę i starożytną wiedzę, interpretując przewrotnie, używa się do manipulacji ludzkich umysłów.
Tym, którzy nie śpią spokojnie obawiając się końca świata w nadchodzącym roku chcę powiedzieć: zrelaksuj się! Koniec świata jest wciąż daleko.

By pozbyć się obaw, wystarczy poznać kalendarz Nahuatl.
Ikona Meksyku, kalendarz Majów jest widoczny w tym kraju na każdym kroku. Podziwiam go od lat w holach wytwornych hoteli, w centrach handlowych, teatrach, galeriach sztuki także na bazarach. Każdy jest dla mnie artystycznym dziełem. Misternie malowany albo rzeźbiony w kamieniu czy drewnie lub w skórze. W nim jest zakodowana cała wiedza wszechświata – dowiadywałam się od meksykańskich przyjaciół.
Kalendarz Majów nie jest horoskopem, nie jest zwiastunem dobrych lub złych dni, nie sugeruje omijania problemów, raczej ich rozwiązywanie. Nauka płynąca z niego nie ma określonych szablonów rozumowania, pomaga w poszerzeniu horyzontów. Uświadamia, że nasze życie jest pod naszą własną kontrolą. Jeżeli chcemy zmienić nasze życie, możemy.
Kalendarz Majów kończy się na roku 2012, co znaczy, że tego właśnie roku ma nastąpić koniec. Ale nie koniec istnienia w sensie końca cywilizacji, tak jak nas straszą, tylko koniec świata owładniętego rządzą i wyzyskiem, świata skorumpowanego. Koniec tej ery.
Uf, odetchniemy z ulgą. Najwyższa pora, powiemy zgodnie, bowiem gorzej być nie może.
Dwudziestego pierwszego grudnia 2012 roku zamkną się wszystkie ważne cykle uwzględnione w wyliczeniach kalendarza Majów i rozpocznie się kolejny etap – nowa era. W końcu nadejdą lepsze czasy. Będziemy świadkami przełomów we wszystkich dziedzinach życia. Być może dojdzie do silnego oporu, przede wszystkim ze strony władzy reprezentantów świata.
To jak w naturze, gdy ciepły prąd z zimnym zderzą się, przyjdą burze. Jeszcze spadnie niejedna ulewa, zawieje nieraz, niejeden piorun wznieci niepokój. Zło będzie walczyło z dobrem. Pojawią się zaburzenia w osobistych sferach życia, ale dzięki nim dokona się przebudzenie. Niemożliwe będzie, by ktokolwiek za pomocą wyrachowanych kombinacji zdobył uznanie u innych lub próbował dominować większością. Skończy się preparowanie faktów w celu zastraszania i wpływania na poglądy i zachowania. Wielka przemiana umożliwi nam wznieść się na wyższy poziom świadomości. To, co nam plątało życie, zostanie rozsupłane.
Już nie mogę się doczekać! Będzie jak w bajce! Dobro zwycięży, zło zostanie ukarane.
I teraz niech się martwią ci nikczemnicy, co mają interes w tym, by nas gnębić.
Wszystkim zatroskanym życzę, by z ostatnią kartką kalendarza zerwali ze złym nastrojem. Porzućmy dręczące myśli. Powitajmy Nowy Rok z optymizmem i wiarą. Niech mija bez stresu, od sukcesu do sukcesu, niech nas uzdrowi, w nasze życie wniesie radość i miłość.
Tego wszystkim Wam życzę.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 25 Komentarzy

Nad morze kto może

Są chwile, które w pamięci trwają
, choć czas mija, one nie mijają.  Nawet te z dzieciństwa zakodowane w naszych umysłach wciąż żyją.

Będąc dzieckiem pokochałam morze. I ciągle trwa ta moja wielka miłość; morze przyciąga swą magiczną siłą.  Sprawia radość wszystko, co z nim związane. Zapach wodorostów, miałki piach pod stopami i na ustach smak soli. Uspokaja szum bijących o brzeg fal. Powracają jedna za drugą, nieustannie ze mną rozmawiają. W kółko szepcą coś przyjemnego, coś, co chcę usłyszeć, albowiem bezkresna woda, otwiera mi duszę. 

Wiele razy rozmyślałam: dlaczego?

Niewątpliwie mam to po ojcu, zapisane w genach. Jednak szukałam także innych odpowiedzi.   Następną znalazłam, gdy w HMV, w sklepie muzycznym wpadła mi w ręce płyta z muzyką morza. Działa na mnie, jak najlepsza terapia. Kiedy słucham jej przed snem, oddech staje się równomierny, emocje słabną, cały organizm wycisza się, wpada w objęcia Morfeusza.

Przed kilkoma laty, w czasopiśmie „wiedza i życie” przeczytałam felieton, jak bardzo potrzebna jest nam woda, nie tylko by ugasić pragnienie.
Nie było dla mnie zaskoczeniem, że potrzebujemy jej bliskości, że reagujemy na nią wszystkimi zmysłami, na jej zapach, dźwięk i kolor. Niebieski symbolizuje zgodę i pokój, a morza błękit z jasną, pastelową barwą piaszczystych plaż bez wątpienia tworzą kojącą harmonię. Terapeutyczne działanie widoku wody potwierdziły również badania naukowe na akademii medycznej w Teksasie. Grupa naukowców przeprowadziła testy w trakcie procesu rekonwalescencji u 166 pacjentów, którzy przeszli operację serca. Kazano im patrzeć na różne obrazki. Na las, na góry, abstrakcję, a także na otwartą wodę. Ci, którzy patrzyli na wodę byli najbardziej zrelaksowani.
Zachwycają nas słoneczne plaże, bo tak jak i wody, potrzeba nam słońca. Od słońca zależy nasze samopoczucie.

 Zbawienne jego działanie na ludzki ustrój ujawniano już w starożytności.  Inkowie z Peru uważali, że słońce leczy choroby weneryczne, Hipokrates zalecał słoneczne kąpiele na poprawę ducha i wzmocnienie mięśni.

Brak słońca, zwłaszcza w okresie jesieni i zimy, u wielu ludzi powoduje zachwianie balansu hormonalnego w mózgu, co prowadzi do depresji. W Kanadzie jest to nagminny problem, gdyż zimy są tu wyjątkowo długie. Od kilku lat lekarze badają nam poziom witamy D. Większość z nas cierpiała na znaczny jej niedobór. Trwające wciąż badania przekonują, że witamina D wpływa korzystnie na układ nerwowy, zwiększa siłę mięśni, zwiększa odporność, zapobiega powstawaniu komórek nowotworowych, serce także dopomina się o nią. Suplement witaminy D poprawia wydzielanie insuliny i tolerancję glukozy.

O dobrodziejstwach witaminy D mozna by pisać i pisać, a wszyscy dobrze wiemy, że bez niej, że bez słońca nie ma życia. Mówili nam już o tym dziadkowie, lecz my mądrzejsi, przestaliśmy ich słuchać. Lekceważymy dobra i prawa przyrody, więc w konsekwencji musimy łykać tabletki – witaminy, które do niedawna dostawaliśmy w prezencie od matki natury!
Jak to naprawić?
Zmieńmy styl życia, żyjmy z nią w zgodzie, jako jeden z gatunków naszego globu. I nad morze kto może!  Wdychać pełne jodu morskie powietrze, poczuć jego delikatny aromat, słuchać szumu fal, dać rześkiemu wiatru smagać ciało, pozwolić słonecznym promieniom odbijającym się w lustrzanej wodzie poprawić nam zdrowie, wzmocnić nasz umysł i pokrzepić ducha. Czyż nie o to chodzi?


Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , , | 44 Komentarze

Oj czysta polana

Kiedy w pracy lub na ulicy zauważam więcej odprężonych twarzy, to znaczy, TGIF – ti dżi aj ef – Thank God It’s Friday – Dzięki Bogu już jest piątek. Wreszcie take it easy – wyluzuj się, jutro weekend. Tutejszy rytm naszego życia. W drodze do domu wpaść jeszcze do shopingu po zakupy i odsapnąć.
Po obiedzie wzięłam szklankę z herbatą i usiadłam do komputera. Zajrzałam do e-maili i wśród nich znalazłam rodzynek – wiersz. Zaintrygował i wciągnął. Dowcipny, wypisz wymaluj obrazki z emigracyjnego podwórka. Pobiegłam wzrokiem po zwrotkach:

OBCZYZNA POLSZCZYZNA
Mądrze gada, czy też plecie
ma swój język Polak przecie
tośmy już Rejowi dłużni
że od gęsi nas odróżnił.

Rzeczypospolitej siła
w jej języku również tkwiła…
dziś kruszeje ta potęga
dziś z angielska Polak gęga…

pierwszy przykład tezy tej:
zamiast dobrze jest okej !
dalej iść śladami tymi
to nie twarz dziś masz a imidż…

co jest w stanie nas roztkliwić?
nie życiorys czyjś, lecz siwi!
gdzie byś chciał być w życiu, chłopie?
nie na czubku lecz na topie…

tak Polaku gadaj wszędy
będziesz modny… znaczy trendy
i w tym trendzie ciągle trwaj
nie mów żegnam mów baj baj ….

gdy ci nietakt wyjdzie spory
nie przepraszaj powiedz sory
a gdy elit chcesz być bliżej
to nie Jezu mów lecz Dżizes ….
.
kiedy szczęścia zrąb ulepisz
powiedz wszystkim, żeś jest hepi
a co ciągnie cię na ksiuty?
nie uroda ich lecz bjuty!
dobry Boże, trap się trap…
dziś nie knajpa już lecz pab
no, przykładów dosyć, zatem
trzeba skończyć postulatem
.
bo gdy język rani uszy
to jest o co kopie kruszyć…
więc współcześni poloniści!
walczcie o to niech się ziści
.
żeby wbrew tendencjom modnym
polski znów był siebie godny
pazurami! wet za wet!
bo do dupy będzie wnet…

Post Scriptum:
angielskiemu nie ubędzie
kiedy polski polskim będzie…
ja z zachwytu będę piał:
super! hiper! ekstra! łał!

Trafna rymowanka, z każda następna zwrotką rozbawiała mnie coraz bardziej. Tylko przyklasnąć i pogratulować autorowi/autorce za pomysłowe, poetyckie potraktowanie tematu. Skłonił do refleksji. Początkowo odniosłam wrażenie, że to przytyk Polakom mieszkającym za granicą, by po chwili uświadomić sobie, że to nie o nas piszą. Na obczyźnie mamy excuse. W obcej dżungli języków nie jest łatwo utrzymać czystą polanę. Niepielęgnowana szybko zarasta naleciałościami. Poprzez wygodę lub brak dbałości w angielskojęzycznych krajach krzewi się polglish. Zrozumieć można, kiedy na codzień używać trzeba dwóch języków. Skąd jednak na polskim gruncie takie zakusy?
Czyżby powszechna nauka języka angielskiego w szkołach zachwaszczała ojczysty język, czy przyczyna ma inne korzenie?

A skoro już o językach mowa, to pragnę podzielić się wiadomością zasłyszaną w tutejszym radio, że obecnie, aby zostać astronautą – teraz czytaj kosmonautą, trzeba znać język rosyjski, a nie koniecznie angielski. Panimajetie?
I co Wy na to?

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 25 Komentarzy

Cieszyć się czy ubolewać?

Przyjechałam do Kanady niewiele o niej wiedząc. Z książek, że to kraj o pięknej przyrodzie pachnący żywicą, mlekiem i miodem płynący. Z lekcji geografii, że zasobny w surowce i ogromny, że zajmuje większą część kontynentu północnoamerykańskiego.
Mieszkam tu prawie trzydzieści lat i nie przypominam sobie, aby powiedziano o nim, że to też Ameryka, bo Ameryka to Stany Zjednoczone, nie tylko w ich mniemaniu. A ta kraina śniegów i mrozów nad nimi, to Kanada. Mimo że graniczą przez miedzę, to ma się wrażenie, jakby te dwa kraje nie leżały na tym samym kontynencie. Tam pępek świata, wszechmocny Waszyngton, a Ottawa dla Amerykanów – daleka krewna choć stąd do granicy żabi skok, niewielu z nich wie, że jest stolicą. Nie kojarzą nawet Europejczycy, że na tym samym równoleżniku leży Mediolan.

Pamiętam ten słoneczny dzień, jakby to było wczoraj. Wsiadaliśmy do samolotu w Paryżu (mieszkaliśmy osiem miesięcy) podekscytowani i ciekawi, jak wygląda tamta stolica do której lecimy.
Zaskoczyła drewnianymi przybudówkami dworca już na lotnisku, a miasto, nie przypominało swym wyglądem stolicy, zwłaszcza stolicy jednego z najbogatszych krajów świata. Rozległa, bez charakteru. Zabudowa to istna baba z dziadem, szpetna, budziła w nas chęć powrou do Europy. Wieczorem wyludnione centrum sprawiało wrażenie ospałej prowincji. Trudno było mi to zrozumieć, a jeszcze trudniej pogodzić się z faktem, że sami wybraliśmy Ottawę na miejsce osiedlenia.
Zostaliśmy. Przeważyły inne względy, by rozpocząć tutaj nowe życie, bez zwracania uwagi na jej brzydotę.
Przyjazność ludzi, troska o nowoprzybyłych, piękne mieszkanie z bajecznym widokiem na rzekę i wzgórza Gatineau sprawiło, że stopniowo zaczęliśmy dostrzegać jej uroki. Ma ich wiele. Ottawa zmieniała się w oczach, rozwijała się, a my razem z nią.
Jak grzyby po deszczu wyrastały szklane biurowce, centra handlowe, hotele, nastrojowe kafejki. Powstawały nowe osiedla na pustych terenach. Poza jednym, w środku miasta pole – rozległa farma eksperymentalna Ministerstwa Rolnictwa. Jedyne takie kuriozum na świecie w stolicy. Milionowe miasto obrosło farmę i stale się rozrasta, pięknieje zakątek po zakątku, cieszy oko nowy wygląd.
No i wreszcie! Zauważono Ottawę! Ni stąd ni zowąd doczekała się uznania i miejsca w pierwszej dziesiątce światowych rankingów. Kilka dni temu MSN Travel ogłosiło listę na której sklasyfikowano ją na ósmym miejscu, tyle że najgorzej ubranych ludzi na świecie. Obciach, poruta i można tylko ubolewać, ale trudno się dziwić, skoro wielu Ottawian nie przywiązuje wagi do wyglądu.
Owszem do pracy biurowej, a tej w mieście najwięcej, należy przyjść ubranym schludnie, niekoniecznie modnie, nie należy krzykliwie lub wyzywająco. Ma to tę zaletę, że nie zauważa się szpanerstwa i bufonady.
To swojskie stonowanie sprawia, że łatwiej być ze wszystkimi „na Ty”, nawet z szefem, czy wyższym dyrektorem. Takie zwyczaje; wolność i tolerancja zaszły tu daleko.
Na ulicach też nie ma na kim oka zawiesić. Podobno ci modnie ubrani jeżdżą samochodami. Przepraszam, jest na kim. Na takich co nie mają lustra w domu, albo zapomnieli w nie spojrzeć. Bezguście, że aż może zemdlić. Na opasłych, pofałdowanych ciałach elastyczne piżamo-dreso-gacie, lub niby spódnice, za długie albo za krótkie, zbyt obcisłe, albo obwisłe. Wymemłane T-shirty lub coś co miałoby nazywać się bluzką. Chyba ubierają to co mają pod ręką i aby comfi -wygodnie było. Króluje luuuz. Tutaj przysłowie „jak cię widzą tak cię piszą” nie przyjęło się, a w szkołach nie uczą ani szyku, ani gustu.

Demokracja – Ameryka. I znowu jej nie doścignęliśmy. Boston, Orlando i inne uplasowaly się wyżej.
Cieszć się czy ubolewać?

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 43 Komentarze

To nie prima aprilis

W powszedni dzień, rano zanim wyjdę do pracy, włączam radio na CBC, parzę herbatę i przygotwując śniadanie słucham prognozy pogody, po niej World Report, ciekawa co też nowego wydarzyło się na świecie, kiedy smacznie spałam. A tu już na dzień dobry wojny, terror, głód, kataklizmy i inne nieszczęścia. Nie pamiętam, kiedy słyszałam wiadomość napawającą optymizmem. Od trzech lat grozi finansowa plajta. Najpierw banki i giełdy, teraz Grecja na skraju bankructwa, w Hiszpani dwudziestoprocentowe bezrobocie, huśtawka na giełdach uszczupla portfele nie tylko inwestorom, a u sąsiadów, w USA cyrk jakiego jeszcze nie było. Politycy, co jeden to mądrzejszy obwiniają się wzajemnie za podupadającą gospodarkę. Dług kraju rośnie w zatrważającym tempie. Z dnia na dzień plajtują wielkie korporacje, przybywa bezrobotnych. Globalizacja odbija się czkawką niejednej mniejszej firmie. Ekonomia w opałach. Dzisiaj na zakończenie nawet lokalna wiadomość trafiła do światowych. Smart Technology z ottawskiej doliny krzemowej ogłosiła, że ze względu na mocnego kanadyjskiego dolara, zwolni stopniowo do końca września dwustu pracowników. Zmartwienie i żal w głosach ludzi, którzy dostali wypowiedzenia już dzisiaj.

W tym oceanie złych wieści trzeba znaleźć ostoję. Port, gdzie za falochron własnej stabilizacji nie docierają fale pesymizmu.

Niezmiennie pokrzepiam się myślą, że któregoś dnia coś się zmieni. Choć lekarstwa na optymizm nie kupisz, to skądś trzeba brać nadzieję, by funkcjonować w tych czasach. Szukać antidotum, robić coś, by nie popaść w chorobliwe przygnębienie.
Kiedyś usłyszałam dyskusję ekspertów, receptę na to, jak sobie pomóc, dodać otuchy. No i mam swoją „pigułę”.

Po śniadaniu siadam na schodkach przed wyjściem na patio obok ulubionych bananowców, biorę zeszyt i wypisuję w punktach dobrocie, za które jestem wdzięczna losowi i za które dziękuję:
za zdrowie, za wygodne życie w Kanadzie, za pracę, że mamy, za to że u boku bliscy,
w rodzinie miłość i zgoda, że dzieci ustawione i się dorabiają, a najmłodsze Chicas chowają się wspaniale i jeszcze za to i za to i za … Przymykam oczy i karmię tym dobrem swego ducha przetrwania. Odkładam brulion i spoglądając przez okno, jeszcze ślę niebiosom dziękczynienia za pogodę tego lata.
Codziennie w bluzce z krótkim rękawem, spodniach capri i w klapkach, z uśmiechem na twarzy wychodzę z chęcią do pracy.

Po ośmiu godzinach złociste słońce wciąż mocno grzeje, na niebie ani jednej chmurki, czysty błękit.
W samochodzie gorąc jak w piecu, bez chłodu klimatyzacji trudno utrzymać kierownicę.
Z radia, też płyną ciepłe rytmy. Dojeżdżam do świateł, gdy kończy się muzyka i zaczynają wiadomości. Tym razem na początku mowa o Smart Technology i słyszę podekscytowany ton spikera. Słucham, słucham i nie dowierzam własnym uszom, zdziwiona całkowitą zmianą scenariusza. Nie chce mi się wierzyć i dzisiaj przecież nie prima aprilis, a jednak… Ludzie z porannego wywiadu przeszli metamorfozę. Śmieją się i żartują. Wydarzyło się coś niebywałego.
Collin Willard, jeden z wytypowanych do zwolnienia pracowników, sprawdził na internecie podczas lunchu kupon toto-lotka.
Oniemiał, kiedy na ekranie komputera pokazały się wylosowane numery. Razem
z siedemnastoma kolegami z pracy wygrali ponad siedem milionów dolarów…
Los spłatał figla, uśmiechną się do potrzebujących, a wszystkim, którzy słuchają ulżyło, bo wreszcie podano nam lek na optymizm; jest nim dobra nowina.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , | 28 Komentarzy

Nauki i nauczki

Pieniądz rządzi światem – mówią.
Pracuj, ucz się, a będziesz miał łatwiej w życiu. Bierz przykład z mądrzejszych! – pouczali nas rodzice od najmłodszych lat, my powtarzaliśmy naszej córce, a ona z mężem swoim polsko-meksykańskim dzieciom.
Kasandra i Thalia córki Patki i Alejandro, to Kanadyjki. Najmłodsze pokolenie Arkuszewskich i nadzieja kraju, do którego przywiodłam rodzinę w poszukiwaniu lepszego bytu. Czas pokaże dokąd one zawędrują.

Dziewczynki, tak jak wcześniej ich mama, wychowywane w trzech językach, uczone są tutejszym zwyczajem tolerancji i wiary w siebie. Przy każdej sposobności dorośli wpajają im korzyści, jakich mogą oczekiwać z pozytywnego nastawienia do otoczenia.

Kasandra (7), dla nas Kasia, Pleaser od urodzenia. Przylepa z uśmiechem na twarzy i do tego dobre maniery. Od czasu, gdy tylko zaczęła mówić, wszystkim dookoła prawi komplementy. Rozbraja dobrocią i nie sposób przy niej nie porzucić trosk, nie dać się wciągnąć w dziecięcą krainę radości.
Thalia przyszła na świat półtora roku później. Kasia nazwała ją Tita i ta ksywka do niej przylgnęła. Od siostry, jakby chciała się odróżnić, zaskakuje jakże odmienną osobowością. Nie ogląda się na innych, robi to, na co w danej chwili ma ochotę, lub tak, jak sama uważa za stosowne. Na nic zdają się uwagi, na nic lekcje i wywody o tym co wypada, a czego nie należy robić. Nie zabiega by nią się zajmowano. Samodzielna, o zadziwiającej wyobraźni często umyka z towarzystwa, by zagłębić się we własnym świecie fantazji. Ku naszemu zdziwieniu chwyta i zapamiętuje słowa, jakich używają dorośli. „Ależ oczywiście” – odpowiada, kiedy już w łóżku w czasie czytania bajki proszę, by zamknęła oczy.

W tygodniu dziewczynki muszą dostosować się do tempa życia; rytm nadają obowiązki. Dzisiaj akurat mają lekcję pływania. Po obiedzie mama zmywa, a tato sprząta i woła:
– Chicas, zróbcie porządek w swoich pokojach, a jak szybko się uwiniecie, to dostaniecie po dolarze do skarbonki.
Ciemnookie siostry popatrzyły na siebie i w podskokach pobiegły do swoich pokoi. Po kilku minutach przybiega do taty zdyszana Kasia. Na policzkach wypieki czerwone jak rzodkiewki, grzywka przyklejona do spoconego czoła.
– Sprzątnęłam! – zadowolona melduje; ręka wyprostowana po zapłatę. Tato sięga po portfel, kiedy na paluszkach jak baletnica, podchodzi drobniutka Tita. Ściskając pod pachą Małego Ponny z poważną miną oznajmia:
– Dado, nie mam chęci na sprzątanie. Ty posprzątaj mój pokój. Proszę… – wyciągając dłoń podaje mu dolara.

Ze zdziwienia otworzyłam buzię, gdy Patka skończyła opowiadać o tym zdarzeniu. Nie dowierzałam, kręcąc głową wyobraziłam sobie minę Alexa i się zaśmiałam. Patce do śmiechu nie było.
Skąd u dziecka taki pomysł?- rozmyślałam.
Kaprys jakiś, cwaniactwo, logika myślenia, czy dziecięca fantazja?
Powód do troski, czy tylko nauczka dla nauczyciela?

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , | 20 Komentarzy