Inspiracyjny kopniak

Wywiad jaki ukazał się na łamach Komunikatów Ottawskich – najstarszego na świecie polskojęzycznego biuletynu internetowego.

Około trzy miesiące temu została wydana w Polsce książka pod tytułem „Czy było warto Odyseja dżinsowych Kolumbów”. Autorką jest Liliana Arkuszewska, moja koleżanka. Mieszka w Ottawie, a poznaliśmy się przed laty pracując w tej samej firmie. Przed rokiem dowiedziałem się, że napisała książkę, a dwa miesiące temu, że powieść ta została wydana w Polsce. Wcześniej jednak na Lilki blogu – owocdecyzji.com i na facebooku mogłem przeczytać artykuły, komentarze i fragmenty książki.
Długie przerwy w mojej działalności edytorskiej Komunikatów oraz podróże autorki do Polski związane z promocją książki, utrudniały zorganizowanie naszego spotkania. Notabene, znów poleciała do “starego Kraju” w połowie września, gdzie czekał ją napięty kalendarz spotkań z czytelnikami. W konsekwencji w Internecie coraz więcej linków do publikacji o Lilianie Arkuszewskiej i “Czy było warto”, zapowiedzi, wywiady, wzmianki i recenzje jej dzieła.

Książkę czytają z wielkim zaciekawieniem w Polsce oraz emigranci, którzy w wielu przypadkach znajdują podobieństwa do swoich losów.

Na okładce wydawnictwo Novae Res umieściło taki oto opis:
Z nastaniem lat osiemdziesiątych setki tysięcy młodych Polaków opuściło ojczyznę, aby znaleźć lepsze jutro. Dla wielu jedynym drogowskazem był przypadek. Krok po kroku brnęli wytrwale do wymarzonego zachodniego szczęścia. Los wiódł każdego własnym szlakiem, często wyboistym, budując ich życiorys. „Czy było warto?” to współczesna odyseja, która wiedzie przez trzy kontynenty, a dzieje bohaterów są jak pociąg w podróży – jadą w nim osobliwi podróżni, mijają się, schodzą i rozchodzą życiowe drogi poszukiwaczy dobrobytu i sensu życia. To książka o Kolumbach lat 80 – ryzykantach, którzy mieli odwagę wystawić się na próbę i na własnej skórze sprawdzić famę o zachodnim świecie. Czy znaleźli to, czego szukali?

Udało mi się porozmawiać z Lilką krótko po powrocie ze Szczecina, a przed jej kolejnym odlotem.

Witaj i powiedz jak czuje się świeżo upieczona autorka po wydaniu swojego pierwszego dzieła?

– Niewątpliwie lżejsza, podobnie jak matka po urodzeniu dziecka, zmęczona emocjami, ale szczęśliwa. Czasami nie dowierzam, że moja książka wyszła w świat. Mogę się nią cieszyć, trzymać w ją ręku, ale jeszcze za wcześnie na pełną radość, by krzyczeć hura!

Dlaczego?

– Ponieważ dla autora w tych czasach to nie jest koniec wyzwania, ciągle pozostaje promocja i ciarki niewiadomej, jak odbiorą książkę czytelnicy. Wtedy, na początku, nieświadoma myślałam, że wystarczy usiąść i napisać.

Ile czasu ci to zajęło?

– Więcej niż się spodziewałam. W sumie przygotowanie, napisanie i złożenie manuskryptu w jedną całość zajęło mi trzy lata. Potem trzeba było poszukać wydawnictw. Z długiej listy wybrałam dziesięć, do których wysłałam kopie. Nie raczyli nawet odpisać, że je otrzymali. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko czekać na odpowiedzi, czymś wypełnić okres zawieszenia w próżni. Zostałam namówiona, by nauczyć się nowej medialnej formy rozpowiadania w świecie o sobie i o mojej książce. Założyłam blog o nazwie owocdecyzji.com. Teraz wiem, że była to dobra rada. W końcu po wielu odmowach otrzymałam wiadomość: “jesteśmy zainteresowani opublikowaniem Pani dzieła” – czekałam na ten moment dziewięć długich miesięcy. Chciałam wierzyć, że już niedługo będę trzymała książkę w ręku, ale proces wydawniczy toczy się własnym rytmem i przyszło mi czekać jeszcze kolejnych dziesięć.

Czyli była to nie lada próba cierpliwości?

– Tak, najdłuższa w moim życiu.

A kiedy i jak przyszedł pomysł napisania książki?

– Nieoczekiwanie wraz z pierwszym kopniakiem na emigracji. Od początku życie miało swoje zakręty, lecz pokonywało się trudności, bo towarzyszył mi optymizm, nieustanna nadzieja, że w Kanadzie spełnią się oczekiwania, że krok po kroku dojdę do czegoś. Pomału ułożę mój domek z kart. A tu, pewnego dnia runą z hukiem. To kapitalizm pokazał swoje drugie oblicze. Bez pardonu, wylano mnie z pracy. Oj zabolało, dotknęło tak bardzo, że chciałam krzyczeć, oznajmić całemu światu, jaki ból czuję. Wtedy zaświtała mi myśl o napisaniu książki. Później zamysł przerodził się w marzenie, które przez lata drzemało we mnie gdzieś głęboko i czekało na właściwy czas. Dojrzewałam. Ten moment przyszedł po 15 latach.

Jak długo mieszkasz poza Polską?

– We wrześniu minie 31 lat.

I po tylu latach życia na obczyźnie nie miałaś obaw, że twój polski język zubożał? Czułaś się na siłach, by napisać książkę po polsku?

– Tak. Wiedziałam, że najlepiej będzie mi wyrazić emocje i opisać swoją emigracyjną przygodę w języku, w którym wyrosłam. Jednak po zabraniu się do pisania, szybko zorientowałam się, że mój rodzimy język popadł w letarg, a jego miejsce bezwiednie próbował zająć angielski. Trzeba było obudzić ojczysty język, obłożyć się polskimi książkami, niekoniecznie polskich autorów, byle po polsku.

A skąd wzięły się umiejętności pisarskie? Z zawodu jesteś geodetą, w Kanadzie przekwalifikowałaś się na grafika i poligrafa, pracowałaś w marketingu i reklamie. Gdzie i kiedy uczyłaś się pisać?

– Pisanie zawsze przychodziło mi łatwo, sprawiało mi przyjemność. Zauważył to mój polonista, Pan Andrzej Geisler. Jednak jego zdaniem pisałam zbyt krótko i zbyt zwięźle. Wtedy myślałam, że uwziął się na mnie, gdyż zadawał mi dodatkowe wypracowania typu napisanie dwóch stron na temat lampy lub krzesła, dwóch stron na temat deszczu. Wymagał, abym pisała o niczym – wtedy tak mi się zdawało. Teraz jestem mu wdzięczna. Dziękuję mu z całego serca.
Często pisałam sama dla siebie, zapisywałam swoje myśli, w listach do rodziców opisywałam nasze żcie. Jednak najlepsze nauki pobierałam od mistrzów, czytając Jeffrey Archera, Johna Grishama, Gabriela Garcię Marqueza czy Paulo Coelho. Największą inspiracją była dla mnie powieść „Shantaram” Gregorego Davida Robertsa. Przeczytałam ją po angielsku i po polsku nie raz. Zachwycona byłam polskim tłumaczeniem. Najlepsze z jakim do tej pory się spotkałam.

Otworzyłaś się, opisałaś swoje życie jak i życie twoich najbliższych. Czy wszystko jest prawdą?

– Książka jest szczera i prawdziwa. Starałam się nie używać nazwisk, a imiona, jeżeli nie miałam zgody od tych, których opisywałam, zmieniłam. Opowiadania choć czasami przydarzały się innym są wzięte z naszego życia na emigracji, wszystkie prawdziwe.

Planujesz napisać następną książkę?

– Oczywiście, od początku w zamyśle była trylogia. Od momentu, w którym zakończyłam pierwszy tom, wiele się wydarzyło. Życie na emigracji jest wciąż pełne niespodzianek.

Czym w twojej opinii różni się nowa emigracja od starej?

– Przede wszystkim siłą dramatu. Stara, ta nasza była wielka i towarzyszyła jej trwoga. Opuszczaliśmy Polskę nie wiedząc czy kiedykolwiek będzie nam dane wrócić do kraju, zobaczyć rodziców czy przyjaciół. Wtedy nie było powrotu. Dzisiaj jest zupełnie inaczej, w Europie otwarte granice, świat stał się mały. Nowa emigracja kojarzy mi się bardziej ze służbowym wyjazdem. Dla mnie jest delegacją, a nie emigracją.

Jaką radą mogłabyś służyć młodym emigrantom?

– Kluczem do sukcesu jest wiedzieć czego naprawdę się chce, a potem do tego dążyć bez względu na przeciwności. Dać sobie pewien okres czasu, po którym należy zrobić kreskę, podliczyć plusy, podliczyć minusy i zbilansować osiągnięcia. Myślę, że na obecne czasy to najlepsza recepta, na zadowolenie niezależnie od kraju osiedlenia.

Więc jaka jest odpowiedź na zawarte pytanie w tytule twojej powieści? Było warto?

– Bywają pytania na które nie ma odpowiedzi, ale sądzę, iż każdy czytelnik sam odpowie sobie na to pytanie. Z tą książką wielu się utożsami. Ci którzy tak jak my wyjechali w świat szukając lepszego życia jak i ci, którzy zostali w kraju.

Dziękuję ci bardzo za rozmowę i z całego serca życzę sukcesu.
————–
Drodzy Ottawianie, mamy wśród nas pisarkę. Przeczytajmy „Czy było warto Odyseję dżinsowych kolumbów”. To powieść także o nas, w niej na pewno znajdziemy coś ze swojego życia.

Czesław Piasta

Książka zdążyła już trafić na północno amerykański kontynent. Można ją nabyć w Toronto, w Chicago i w Ottawie.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , | 12 Komentarzy

Nie było po drodze

Chicago – szybuję w myślach do młodych lat i główkuję, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z tym słowem?
Czyż to możliwe, że mogłam je najpierw widzieć, wówczas nieświadoma tego, a skojarzyć lata później, gdy usłyszałam jego brzmienie – Szikago?
Hmm, trochę to niedorzeczne, ale bardzo prawdopodobne.

W dzieciństwie, zanim jeszcze posiadłam sztukę czytania, przeglądałam, czasami z siostrą, kolorowe, wydawane na lśniącym papierze czasopismo. Kusiło swym wyglądem. Wtedy nie umiałam przeczytać jego nazwy „AMERYKA”, ale wiedziałam, że to ojciec przynosił je do domu. Czytał od deski do deski. Pamiętam, już jako nastolatka, jak bardzo pasjonowała go Ameryka. Często o niej mówił i zachwalał. Zawsze chciał ją zobaczyć na własne oczy. Udało mu się w 1972 roku, gdy popłynął w rejs do Nowego Jorku. Po powrocie długo opowiadał z takim entuzjazmem, że zaszczepił we mnie chęć jej poznania.

Dziesięć lat później, jako emigrantka wylądowałam na północnoamerykańskim kontynencie w Kanadzie, by tu zamieszkać, a w sąsiedztwie za rzeką…. Ameryka! Z Kanady można było do niej wjechać na słowo honoru, wystarczył uśmiech. Otwarta zapraszała i intrygowała. Nie mogłam się doczekać, kiedy tam pojadę. Wreszcie przyszła pierwsza wyprawa przez Nowy Jork, Waszyngton, Myrtle Beach na Florydę. Zwiedziłam Daytonę Beach, Saint Petersburg, Tampę, Miami. W następnych podróżach San Francisco, Los Angeles, Vegas, później Boston, Filadelfię, Atlantic City. A „Szikago” – centrum polskości w Ameryce nigdy nie było po drodze. Postawiłam stopę na lotnisku, przelotem, dawno temu. Brakowało czasu lub chęci, żeby tam pojechać. O Chicago zapomniałam.

Życie poszło dalej, zmieniały się cele i dążenia. Aż napisałam książkę, i dzięki niej przypomniało o sobie Chicago. Zaprosiło. Niedawno powędrowałam tam wirtualnie na falach polskiego radia. A tydzień później słowem pisanym – do księgarń trafiła moja książka. Moja dusza i moje myśli stoją na półce w Chicago.
Teraz jeszcze ciałem chciałabym tam być. Kto wie, może w końcu odwiedzę Jackowo.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , | 13 Komentarzy

Słowa wdzięczności – ich ciągle mało.

Choć piękne chwile szybko mijają, czas pędzi naprzód nieubłaganie, żywe wspomnienia w sercu zostają i nikt odebrać ich nie jest w stanie.

Dziś tak upalny dzień, a ja w kuchni przygotowuję jutrzejsze przyjęcie. Zjadą przyjaciele z Los Angeles, z Toronto moja pierwsza recenzentka Beata, której jeszcze nie widziałam, najbliżsi z Ottawy i rodzina. Bez nich napisanie książki trwałoby dłużej, prawdopodobnie o dniu wydania „Czy było warto” jeszcze bym marzyła.
Im podziękuję za wskazywanie światła w mrocznych chwilach, za rady, doping, inspirację i dodawanie otuchy.
Z głębi serca wyrażę wdzięczność za to, że przy mnie byli. Radość spełnionego marzenia uczcimy szampanem.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , | 15 Komentarzy

Gdynia pachnie morzem i książką

Wtorek, 19 czerwca 2012 roku, miał być dniem roboczej wizyty w wydawnictwie, a zapisał się niespodziewanie, jako dzień niezwykły – dzień wydania mojej książki.


Wchodząc za Andrzejem do wydawnictwa Novae Res, mój wzrok zatrzymał się na pakunku leżącym na podłodze. Dostrzegłam granatowo-czerwone kolory pod rozchylonym częściowo opakowaniem.
Czyżby to moje książki? – przemknęło przez myśl.
— Miło mi poznać — spojrzałam pytająco na pana Krzysztofa, podając mu rękę.
— Niespodzianka! – oznajmił wyraźnie uradowany – Dzisiaj wyszła państwa książka „Czy było warto”. Dostaliśmy egzemplarze autorskie piętnaście minut temu – sięgnął do paczki i wręczył nam po jednym.
— Pachną jeszcze farbą drukarską – uśmiechnął się.

Byłam zaskoczona, bo ustalenia były inne i miała to być tylko zapoznawczo robocza wizyta. Teraz czułam narastającą ekscytację.

Od miesięcy czekałam niecierpliwie na ten moment, próbując sobie wyobrazić emocje, jakie mnie ogarną, kiedy nadejdzie. Wzruszenie, satysfakcja, duma, radosne drżenie. Pragnęłam przywołać je wszystkie, lecz czułam tylko głośne dudnienie pędzącego serca.
W piersiach brakowało tchu, trzęsły mi się ręce. Wzięłam głęboki oddech, usiadłam przy stole, aby podpisać czytelnikom kilka egzemplarzy. Chciałam nacieszyć się tą niezwykłą chwilą.
Skończyłam zadowolona, spoglądając na stosik książek przed sobą. Próbowałam zatrzymać choćby uczucie satysfakcji. Już je miałam przygarnąć, ale prysnęło z błyskiem fleszu.
To nie koniec – przypomniało o sobie następne wyzwanie – promocja – teraz na nią kolej.

Ruszyła dwa dni później. Od rana do wieczora, każdy mój dzień w Polsce był wypełniony spotkaniami, każdy pełen nowych wrażeń, nowych znajomości, rozmów przyprawionych emocjami. „Czy było warto? Odyseja dżinsowych Kolumbów” zaczęła pojawiać się w księgarniach.
Po raz pierwszy w życiu moje słowa popłynęły na falach eteru Polskiego Radia Szczecin w programie Agaty Rokickiej zatytułowanym „Machina czasu”.
Posłuchajcie.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , | 14 Komentarzy

Lilka, bujasz?!

W poniedziałek prasowałam, słuchając płyty Dislocados. Salsa zawsze potrafi roztańczyć moją duszę. Za oknami świeciło słońce, snop promieni oświetlał pokój. Przez otwarte drzwi na patio, wpadał słodki zapach bzów. I jak tu się nie cieszyć, gdy w całym domu pachnie wiosną?! – pomyślałam z uśmiechem. Zerknęłam na mały flakonik pełen fiołków, solo wystawała z nich czterolistna koniczynka wypatrzona podczas porannego spaceru. Układałam wątki związane z wydaniem książki, zadowolona przede wszystkim z faktu, że w końcu zaprzyjaźniłam się z cierpliwością. Myślami jednak wybiegałam do środy, spokojna czekałam dnia, w którym miałam dostać swoją pierwszą wydrukowaną książkę – egzemplarz sygnalny wysłany z Polski kurierem DHL.

Niespodziewanie w muzykę wdarł się dźwięk dzwonka, zdziwił, gdyż gości się nie spodziewałam. Na ściennym zegarze była 16:04. Zaciekawiona któż to może być, poszłam otworzyć drzwi i aż mnie wyprostowało na widok młodego mężczyzny ubranego w mundur DHL’u.
— Liliana? – zapytał młodzieniec. — Ar… — próbował przeczytać, wpatrując się w moje nazwisko, którego nie był w stanie wymówić. Wyręczyłam go, po czym drżącą ręką, niezgrabnie podpisałam odbiór przesyłki. Podziękowałam, a on uśmiechnął się i odszedł.

Teraz drżałam już cała, gdy otwierałam kopertę i wyjmowałam z niej książkę,
nie odrywając wzroku od okładki zadzwoniłam z nowiną do Andrzeja.
— Przyszła książka.
— Bujasz!
— Leży przede mną na stole.
— Nie wierzę! Tak szybko? — wykrzyknął uradowany i podzielił się wiadomością ze Sławkiem.
— Lilka, gratuluję! — usłyszałam głos w słuchawce — To została ci ostatnia korekta i zatwierdzenie składu.
— Patrzę na nią i zastanawiam się, czy to nie fatamorgana.
— Zabieraj się za czytanie! — jak zawsze z entuzjazmem dopingował szwagier.

Docierało do mnie powoli, że książka stała się faktem. Nie od razu wpadłam w strony „Czy było warto?”. Przez chwilę dumałam: cóż to za wspaniały dzień? Czyżby planety ułożyły się w jednej linii?
Musiałam sprawdzić. Siadłam do komputera, w ruch poszedł Google. Na ekranie pokazał się układ planet tego dnia. Nie była to parada w jednej linii, ale ich konfiguracja była moją. Szczęśliwą.

Rozłożyłam książkę i patrzyłam w nią aż oczy zaszły mgiełką wzruszenia. Tkwiłam w bezruchu jeszcze przez chwilę, po czym ocknęłam się. Przetarłam powieki i zaczęłam czytać z uwagą.

„Czy było warto?” zatwierdziłam do druku po długich czterech dniach.

Radość mnie nie opuszcza, wczoraj zawitała znowu. Jestem w zapowiedziach!

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , , | 26 Komentarzy

Ni stąd ni zowąd

Od kilku tygodni jestem pochłonięta pracą związaną z wydaniem książki. To już ostatnia prosta. Ledwo zipię. Nie mam natchnienia do pisania, brakuje fantazji, jako że mocno stoję na ziemi i za dużo dzieje się dokoła.

Ale dziś przyszła wena. Przyleciała z Polski od Anety, dziewczyny, która pisze z głębi duszy i pragnie spełnić się pisaniem. Próbuje znaleźć odwagę, by uwolnić rosnące w siłę marzenie.
Stała się mi bliska, czuję ją, zachęcam dodając śmiałości, całym sercem ją inspiruję.

No i proszę, dzisiaj ONA czuła, że jej potrzebuję. Zainspirowała mnie, obdarowała nie tylko uśmiechem, który przykleiłam na usta, ale lekkością ducha.
Czytając komentarz Anety, zrobiło mi się przyjemnie, energia jaka we mnie wezbrała dała to coś, co potrzebowałam, by zasiąść do pisania. Słowa: …jak cudownie jest budzić się z nadzieją, że kiedyś mogę spełnić swe marzenie… zabrzmiały niczym radosna melodia. Podekscytowały. Zaraz chciałam odpisać:
Aneta, niedługo zakwitną bzy, szukaj w nich kwiatu o pięciu płatkach. Uwierz, że marzenia się spełniają!

I w tym momencie pomyślałam o mojej siostrze, o Gosiku.
Przypomniały mi się lata z Polski, kiedy jeszcze chodziłyśmy do szkoły i marzyłyśmy o wojażach. Większość z nas ucząc się geografii podróżowała palcem po mapie. Pragnęliśmy zobaczyć świat. Jedni Grecję, kraj bogów i bogiń, inni Anglię, albowiem tam śpiewali Beatlesi, jeszcze inni chcieli polecieć przez ocean, do wielkiej Ameryki.
Ale byli i tacy, którzy drwili z marzeń, drwili zwłaszcza z tych, którzy pragnęli poszybować do egzotycznych zakątków świata. Naigrawali się mówiąc:
– Może do Honolulu, małpy straszyć?

Wtedy moja Gosik zamarzyła, by pojechać właśnie do Honolulu.
Jej marzenie wydawało się niemożliwe, powiedziałabym absurdalne, ale Gosik nie przestawała marzyć.

Od tamtego czasu minęło już 30 lat z hakiem i to nie małym.
Kilka tygodni temu Gosik zadzwoniła z nowiną.
– Lilka, przed chwilą dowiedziałam się, gdzie lecę w tym roku na konferencję – głos miała tak pogodny, że widziałam jej uśmiech. – Nie zgadniesz!
– Gdzie?
– Do Honolulu!!!

Nieraz sobie myślisz, że spełnienie marzenia już nie przyjdzie, a ono zjawia się niespodziewanie.
Ni stąd ni zowąd, rozpościera ramiona, zaskakuje nas samych.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , , | 15 Komentarzy

Wypatruj płetwy nad wodą

Wyskoczyłam z łóżka; ależ rajska pogoda! Marzenie. Rano, a już tak ciepło. Rozsunęłam na oścież balkonowe drzwi i spojrzałam na morze. Przez jakichś czas patrzyłam na jego widok, na turkusowe barwy krystalicznej wody. W Cancun wręcz nie sposób się jej oprzeć.

Wśliznęłam się w kąpielowy kostium, opasałam cienką, kolorową chustą z frędzlami. Chwilę spędziłam przed lustrem; już gotowa na plażę. Po drodze zatrzymałam się na krótkie gadu gadu ze znajomymi, którzy leżakowali przy basenie. Obok nich zostawiłam swoje rzeczy i zeszłam po kilku schodkach na piasek.
Hola! – pozdrowiłam przyjaciół siedzących w cieniu pod parasolem. Pomachaliśmy sobie na dzień dobry.
– Idę pływać – rzuciłam.
– Liliana! – zawołał Leo. – Bądź ostrożna, uważaj na rekiny.
Byłam pewna, że żartuje. Uśmiechnięta pokiwałam głową i pomaszerowałam do spokojnej zatoki przy Club Med, w której codziennie pływam.

W połowie drogi zaczepiła mnie Señora Laura.
Buenos dias Lili…czytałaś dzisiejszą gazetę?
– Nie, tutaj prasy nie czytam. Nie chcę karmić się złem i tragediami.
– Jest w niej wzmianka, że wczoraj, blisko brzegu zauważono rekina.
– Co? Niemożliwe! Od dwudziestu lat przyjeżdżam do Cancun… tu nigdy nie było strachu z powodu rekinów! W tym morzu jest tyle pożywienia, że one nie potrzebują go szukać przy plaży.
– Też tak sądziłam, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże, uważaj na siebie.
Gracias – podziękowałam zaskoczona i z bardzo dziwnym uczuciem poszłam dalej.
Spojrzałam na swoje ręce, dotknęłam szyi by upewnić się, że z pierścionkami zostawiłam w domu także łańcuszek. Spokojniejsza, że nie mam na sobie żadnych świecidełek, idąc skrajem brzegu robiłam gimnastykę. Rozgrzana doszłam do cypla Club Med, gdzie łagodne fale głaskały przybrzeżny piasek. Dałam nura w cudowną wodę i popłynęłam przed siebie. Po kilku minutach spostrzegłam Andrzeja płynącego w oddali za bojami. Pomachałam ręką, aby mnie zobaczył. Wtedy usłyszałam dźwięk gwizdka. Rozejrzałam się dokoła. W wodzie poza nami nie było nikogo, za to wyraźnie podekscytowany ratownik, patrząc w moją stronę gwizdał zawzięcie.
Podpłynęłam do brzegu i zapytałam:
– Jakichś problem?
Tiburon!…dzisiaj przed godziną widziano tu rekina. Nie sieję popłochu tylko ostrzegam. Bądź czujna i miej otwarte oczy.
Gdy stałam osłupiała, zastanawiając się czy ponownie wejść do wody, przypłynął Andrzej. Złapał mnie pod wodą za noge, rozbawiony. Spoważniał, gdy powtórzyłam mu to, co przed chwilą usłyszałam.
Troskliwie przytulił i uspokajał:
– Wypatruj cienia wielkiej ryby i płetwy nad wodą. Płyń wzdłuż plaży, blisko brzegu. Nie ma co panikować.
Niepewnie zanurzyłam się znowu w boskich falach. Płynąc cały czas trzymałam głowę nad powierzchnią, nieustannie rozglądałam się jak kameleon. Swój rutynowy dystans przepłynęłam wyjątkowo zmęczona. Z dudniącym sercem, na nogach miękkich jak z waty wyszłam na plażę i pomaszerowałam w stronę domu. Dochodząc do grupki przyjaciół zauważyłam poruszenie. Dyskutowali, a Leo co chwilę wpatrywał się w morze.
– Co się dzieje?- zapytałam zdyszana.
– Kilometr stąd rekin zaatakował Kanadyjkę – odpowiedział z przerażeniem w oczach. – Ale dziewczyna sama sobie zawiniła. Jakaś głupia, mówią, bo kiedy zauważyła rekina to zamiast uciekać, do niego podpłynęła. A była to matka z małym, więc nic dziwnego, że zaatakowała.
Na tę wiadomość zakłuło mnie w dołku. Ścisnęłam usta i obróciłam się w stronę Club Med wypatrując Andrzeja. Nie było go w zasięgu wzroku. Zdenerwowana poszłam do domu i wyglądałam go z okna. Uspokoiłam się po kwadransie, widząc jak dobiega do parasola.

Wieczorem, gdy spotkaliśmy się w restauracji z naszym przyjacielem Marco, opowiedziałam mu tę historię, ciągle pod jej wrażeniem. Roześmiał się w głos, kiedy skończyłam.
-Z czego się śmiejesz?
-Z niewiedzy, bo rekin to nie delfin! Z potomstwem nie pływa. Rekin to żyworodna ryba, rodzi wypuszczając do wody swoje małe i tyle. Nie słuchaj takich bzdetów. Prawdą jest jedynie to, że zaatakowana została Kanadyjka. Na szczęście przeżyła. Ta historia jest już w Novedades, na Internecie – Marco wyciągnął swoją Black Berry, by pokazać nam zdjęcia z ostatniej sensacji w Cancun.
Tydzień po przyjeździe do Ottawy, zadzwoniłam do swojej najlepszej przyjaciółki z Polski, by powiadomić ją, że jestem z powrotem w Kanadzie. Gdy się odezwałam, ona, ile tylko miała sił w płucach wydarła się na mnie z wyrzutem.
-Lilka, ja jak ta głupia czekam na twój telefon! Dlaczego dzwonisz dopiero teraz?!
– No, co ty, od mojego przyjazdu minęło zaledwie kilka dni. Czemu się denerwujesz?
– Bo u nas w telewizji trąbili, że w Cancun rekin poszarpał Kanadyjkę polskiego pochodzenia, w dodatku z Ontario. Ty byś się nie denerwowała?

Minął rok od tamtego wydarzenia, które zabrało mi rozkoszne uczucie beztroski, gdy zanurzam się w krystalicznej wodzie Karaibskiego Morza. Kolejny raz uświadamiam sobie, że w tropiku, to co piękne, zazwyczaj jest niebezpieczne. Mimo że meksykańscy przyjaciele zapewnili mnie, że z Mayan Riviera przegoniono wszystkie rekiny, to wskakując do boskiej wody, wciąż czuję drżenie.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , | 18 Komentarzy