Przyjechałam do Kanady niewiele o niej wiedząc. Z książek, że to kraj o pięknej przyrodzie pachnący żywicą, mlekiem i miodem płynący. Z lekcji geografii, że zasobny w surowce i ogromny, że zajmuje większą część kontynentu północnoamerykańskiego.
Mieszkam tu prawie trzydzieści lat i nie przypominam sobie, aby powiedziano o nim, że to też Ameryka, bo Ameryka to Stany Zjednoczone, nie tylko w ich mniemaniu. A ta kraina śniegów i mrozów nad nimi, to Kanada. Mimo że graniczą przez miedzę, to ma się wrażenie, jakby te dwa kraje nie leżały na tym samym kontynencie. Tam pępek świata, wszechmocny Waszyngton, a Ottawa dla Amerykanów – daleka krewna choć stąd do granicy żabi skok, niewielu z nich wie, że jest stolicą. Nie kojarzą nawet Europejczycy, że na tym samym równoleżniku leży Mediolan.
Pamiętam ten słoneczny dzień, jakby to było wczoraj. Wsiadaliśmy do samolotu w Paryżu (mieszkaliśmy osiem miesięcy) podekscytowani i ciekawi, jak wygląda tamta stolica do której lecimy.
Zaskoczyła drewnianymi przybudówkami dworca już na lotnisku, a miasto, nie przypominało swym wyglądem stolicy, zwłaszcza stolicy jednego z najbogatszych krajów świata. Rozległa, bez charakteru. Zabudowa to istna baba z dziadem, szpetna, budziła w nas chęć powrou do Europy. Wieczorem wyludnione centrum sprawiało wrażenie ospałej prowincji. Trudno było mi to zrozumieć, a jeszcze trudniej pogodzić się z faktem, że sami wybraliśmy Ottawę na miejsce osiedlenia.
Zostaliśmy. Przeważyły inne względy, by rozpocząć tutaj nowe życie, bez zwracania uwagi na jej brzydotę.
Przyjazność ludzi, troska o nowoprzybyłych, piękne mieszkanie z bajecznym widokiem na rzekę i wzgórza Gatineau sprawiło, że stopniowo zaczęliśmy dostrzegać jej uroki. Ma ich wiele. Ottawa zmieniała się w oczach, rozwijała się, a my razem z nią.
Jak grzyby po deszczu wyrastały szklane biurowce, centra handlowe, hotele, nastrojowe kafejki. Powstawały nowe osiedla na pustych terenach. Poza jednym, w środku miasta pole – rozległa farma eksperymentalna Ministerstwa Rolnictwa. Jedyne takie kuriozum na świecie w stolicy. Milionowe miasto obrosło farmę i stale się rozrasta, pięknieje zakątek po zakątku, cieszy oko nowy wygląd.
No i wreszcie! Zauważono Ottawę! Ni stąd ni zowąd doczekała się uznania i miejsca w pierwszej dziesiątce światowych rankingów. Kilka dni temu MSN Travel ogłosiło listę na której sklasyfikowano ją na ósmym miejscu, tyle że najgorzej ubranych ludzi na świecie. Obciach, poruta i można tylko ubolewać, ale trudno się dziwić, skoro wielu Ottawian nie przywiązuje wagi do wyglądu.
Owszem do pracy biurowej, a tej w mieście najwięcej, należy przyjść ubranym schludnie, niekoniecznie modnie, nie należy krzykliwie lub wyzywająco. Ma to tę zaletę, że nie zauważa się szpanerstwa i bufonady.
To swojskie stonowanie sprawia, że łatwiej być ze wszystkimi „na Ty”, nawet z szefem, czy wyższym dyrektorem. Takie zwyczaje; wolność i tolerancja zaszły tu daleko.
Na ulicach też nie ma na kim oka zawiesić. Podobno ci modnie ubrani jeżdżą samochodami. Przepraszam, jest na kim. Na takich co nie mają lustra w domu, albo zapomnieli w nie spojrzeć. Bezguście, że aż może zemdlić. Na opasłych, pofałdowanych ciałach elastyczne piżamo-dreso-gacie, lub niby spódnice, za długie albo za krótkie, zbyt obcisłe, albo obwisłe. Wymemłane T-shirty lub coś co miałoby nazywać się bluzką. Chyba ubierają to co mają pod ręką i aby comfi -wygodnie było. Króluje luuuz. Tutaj przysłowie „jak cię widzą tak cię piszą” nie przyjęło się, a w szkołach nie uczą ani szyku, ani gustu.
Demokracja – Ameryka. I znowu jej nie doścignęliśmy. Boston, Orlando i inne uplasowaly się wyżej.
Cieszć się czy ubolewać?







