Cieszyć się czy ubolewać?

Przyjechałam do Kanady niewiele o niej wiedząc. Z książek, że to kraj o pięknej przyrodzie pachnący żywicą, mlekiem i miodem płynący. Z lekcji geografii, że zasobny w surowce i ogromny, że zajmuje większą część kontynentu północnoamerykańskiego.
Mieszkam tu prawie trzydzieści lat i nie przypominam sobie, aby powiedziano o nim, że to też Ameryka, bo Ameryka to Stany Zjednoczone, nie tylko w ich mniemaniu. A ta kraina śniegów i mrozów nad nimi, to Kanada. Mimo że graniczą przez miedzę, to ma się wrażenie, jakby te dwa kraje nie leżały na tym samym kontynencie. Tam pępek świata, wszechmocny Waszyngton, a Ottawa dla Amerykanów – daleka krewna choć stąd do granicy żabi skok, niewielu z nich wie, że jest stolicą. Nie kojarzą nawet Europejczycy, że na tym samym równoleżniku leży Mediolan.

Pamiętam ten słoneczny dzień, jakby to było wczoraj. Wsiadaliśmy do samolotu w Paryżu (mieszkaliśmy osiem miesięcy) podekscytowani i ciekawi, jak wygląda tamta stolica do której lecimy.
Zaskoczyła drewnianymi przybudówkami dworca już na lotnisku, a miasto, nie przypominało swym wyglądem stolicy, zwłaszcza stolicy jednego z najbogatszych krajów świata. Rozległa, bez charakteru. Zabudowa to istna baba z dziadem, szpetna, budziła w nas chęć powrou do Europy. Wieczorem wyludnione centrum sprawiało wrażenie ospałej prowincji. Trudno było mi to zrozumieć, a jeszcze trudniej pogodzić się z faktem, że sami wybraliśmy Ottawę na miejsce osiedlenia.
Zostaliśmy. Przeważyły inne względy, by rozpocząć tutaj nowe życie, bez zwracania uwagi na jej brzydotę.
Przyjazność ludzi, troska o nowoprzybyłych, piękne mieszkanie z bajecznym widokiem na rzekę i wzgórza Gatineau sprawiło, że stopniowo zaczęliśmy dostrzegać jej uroki. Ma ich wiele. Ottawa zmieniała się w oczach, rozwijała się, a my razem z nią.
Jak grzyby po deszczu wyrastały szklane biurowce, centra handlowe, hotele, nastrojowe kafejki. Powstawały nowe osiedla na pustych terenach. Poza jednym, w środku miasta pole – rozległa farma eksperymentalna Ministerstwa Rolnictwa. Jedyne takie kuriozum na świecie w stolicy. Milionowe miasto obrosło farmę i stale się rozrasta, pięknieje zakątek po zakątku, cieszy oko nowy wygląd.
No i wreszcie! Zauważono Ottawę! Ni stąd ni zowąd doczekała się uznania i miejsca w pierwszej dziesiątce światowych rankingów. Kilka dni temu MSN Travel ogłosiło listę na której sklasyfikowano ją na ósmym miejscu, tyle że najgorzej ubranych ludzi na świecie. Obciach, poruta i można tylko ubolewać, ale trudno się dziwić, skoro wielu Ottawian nie przywiązuje wagi do wyglądu.
Owszem do pracy biurowej, a tej w mieście najwięcej, należy przyjść ubranym schludnie, niekoniecznie modnie, nie należy krzykliwie lub wyzywająco. Ma to tę zaletę, że nie zauważa się szpanerstwa i bufonady.
To swojskie stonowanie sprawia, że łatwiej być ze wszystkimi „na Ty”, nawet z szefem, czy wyższym dyrektorem. Takie zwyczaje; wolność i tolerancja zaszły tu daleko.
Na ulicach też nie ma na kim oka zawiesić. Podobno ci modnie ubrani jeżdżą samochodami. Przepraszam, jest na kim. Na takich co nie mają lustra w domu, albo zapomnieli w nie spojrzeć. Bezguście, że aż może zemdlić. Na opasłych, pofałdowanych ciałach elastyczne piżamo-dreso-gacie, lub niby spódnice, za długie albo za krótkie, zbyt obcisłe, albo obwisłe. Wymemłane T-shirty lub coś co miałoby nazywać się bluzką. Chyba ubierają to co mają pod ręką i aby comfi -wygodnie było. Króluje luuuz. Tutaj przysłowie „jak cię widzą tak cię piszą” nie przyjęło się, a w szkołach nie uczą ani szyku, ani gustu.

Demokracja – Ameryka. I znowu jej nie doścignęliśmy. Boston, Orlando i inne uplasowaly się wyżej.
Cieszć się czy ubolewać?

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 43 Komentarze

To nie prima aprilis

W powszedni dzień, rano zanim wyjdę do pracy, włączam radio na CBC, parzę herbatę i przygotwując śniadanie słucham prognozy pogody, po niej World Report, ciekawa co też nowego wydarzyło się na świecie, kiedy smacznie spałam. A tu już na dzień dobry wojny, terror, głód, kataklizmy i inne nieszczęścia. Nie pamiętam, kiedy słyszałam wiadomość napawającą optymizmem. Od trzech lat grozi finansowa plajta. Najpierw banki i giełdy, teraz Grecja na skraju bankructwa, w Hiszpani dwudziestoprocentowe bezrobocie, huśtawka na giełdach uszczupla portfele nie tylko inwestorom, a u sąsiadów, w USA cyrk jakiego jeszcze nie było. Politycy, co jeden to mądrzejszy obwiniają się wzajemnie za podupadającą gospodarkę. Dług kraju rośnie w zatrważającym tempie. Z dnia na dzień plajtują wielkie korporacje, przybywa bezrobotnych. Globalizacja odbija się czkawką niejednej mniejszej firmie. Ekonomia w opałach. Dzisiaj na zakończenie nawet lokalna wiadomość trafiła do światowych. Smart Technology z ottawskiej doliny krzemowej ogłosiła, że ze względu na mocnego kanadyjskiego dolara, zwolni stopniowo do końca września dwustu pracowników. Zmartwienie i żal w głosach ludzi, którzy dostali wypowiedzenia już dzisiaj.

W tym oceanie złych wieści trzeba znaleźć ostoję. Port, gdzie za falochron własnej stabilizacji nie docierają fale pesymizmu.

Niezmiennie pokrzepiam się myślą, że któregoś dnia coś się zmieni. Choć lekarstwa na optymizm nie kupisz, to skądś trzeba brać nadzieję, by funkcjonować w tych czasach. Szukać antidotum, robić coś, by nie popaść w chorobliwe przygnębienie.
Kiedyś usłyszałam dyskusję ekspertów, receptę na to, jak sobie pomóc, dodać otuchy. No i mam swoją „pigułę”.

Po śniadaniu siadam na schodkach przed wyjściem na patio obok ulubionych bananowców, biorę zeszyt i wypisuję w punktach dobrocie, za które jestem wdzięczna losowi i za które dziękuję:
za zdrowie, za wygodne życie w Kanadzie, za pracę, że mamy, za to że u boku bliscy,
w rodzinie miłość i zgoda, że dzieci ustawione i się dorabiają, a najmłodsze Chicas chowają się wspaniale i jeszcze za to i za to i za … Przymykam oczy i karmię tym dobrem swego ducha przetrwania. Odkładam brulion i spoglądając przez okno, jeszcze ślę niebiosom dziękczynienia za pogodę tego lata.
Codziennie w bluzce z krótkim rękawem, spodniach capri i w klapkach, z uśmiechem na twarzy wychodzę z chęcią do pracy.

Po ośmiu godzinach złociste słońce wciąż mocno grzeje, na niebie ani jednej chmurki, czysty błękit.
W samochodzie gorąc jak w piecu, bez chłodu klimatyzacji trudno utrzymać kierownicę.
Z radia, też płyną ciepłe rytmy. Dojeżdżam do świateł, gdy kończy się muzyka i zaczynają wiadomości. Tym razem na początku mowa o Smart Technology i słyszę podekscytowany ton spikera. Słucham, słucham i nie dowierzam własnym uszom, zdziwiona całkowitą zmianą scenariusza. Nie chce mi się wierzyć i dzisiaj przecież nie prima aprilis, a jednak… Ludzie z porannego wywiadu przeszli metamorfozę. Śmieją się i żartują. Wydarzyło się coś niebywałego.
Collin Willard, jeden z wytypowanych do zwolnienia pracowników, sprawdził na internecie podczas lunchu kupon toto-lotka.
Oniemiał, kiedy na ekranie komputera pokazały się wylosowane numery. Razem
z siedemnastoma kolegami z pracy wygrali ponad siedem milionów dolarów…
Los spłatał figla, uśmiechną się do potrzebujących, a wszystkim, którzy słuchają ulżyło, bo wreszcie podano nam lek na optymizm; jest nim dobra nowina.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , | 28 Komentarzy

Nauki i nauczki

Pieniądz rządzi światem – mówią.
Pracuj, ucz się, a będziesz miał łatwiej w życiu. Bierz przykład z mądrzejszych! – pouczali nas rodzice od najmłodszych lat, my powtarzaliśmy naszej córce, a ona z mężem swoim polsko-meksykańskim dzieciom.
Kasandra i Thalia córki Patki i Alejandro, to Kanadyjki. Najmłodsze pokolenie Arkuszewskich i nadzieja kraju, do którego przywiodłam rodzinę w poszukiwaniu lepszego bytu. Czas pokaże dokąd one zawędrują.

Dziewczynki, tak jak wcześniej ich mama, wychowywane w trzech językach, uczone są tutejszym zwyczajem tolerancji i wiary w siebie. Przy każdej sposobności dorośli wpajają im korzyści, jakich mogą oczekiwać z pozytywnego nastawienia do otoczenia.

Kasandra (7), dla nas Kasia, Pleaser od urodzenia. Przylepa z uśmiechem na twarzy i do tego dobre maniery. Od czasu, gdy tylko zaczęła mówić, wszystkim dookoła prawi komplementy. Rozbraja dobrocią i nie sposób przy niej nie porzucić trosk, nie dać się wciągnąć w dziecięcą krainę radości.
Thalia przyszła na świat półtora roku później. Kasia nazwała ją Tita i ta ksywka do niej przylgnęła. Od siostry, jakby chciała się odróżnić, zaskakuje jakże odmienną osobowością. Nie ogląda się na innych, robi to, na co w danej chwili ma ochotę, lub tak, jak sama uważa za stosowne. Na nic zdają się uwagi, na nic lekcje i wywody o tym co wypada, a czego nie należy robić. Nie zabiega by nią się zajmowano. Samodzielna, o zadziwiającej wyobraźni często umyka z towarzystwa, by zagłębić się we własnym świecie fantazji. Ku naszemu zdziwieniu chwyta i zapamiętuje słowa, jakich używają dorośli. „Ależ oczywiście” – odpowiada, kiedy już w łóżku w czasie czytania bajki proszę, by zamknęła oczy.

W tygodniu dziewczynki muszą dostosować się do tempa życia; rytm nadają obowiązki. Dzisiaj akurat mają lekcję pływania. Po obiedzie mama zmywa, a tato sprząta i woła:
– Chicas, zróbcie porządek w swoich pokojach, a jak szybko się uwiniecie, to dostaniecie po dolarze do skarbonki.
Ciemnookie siostry popatrzyły na siebie i w podskokach pobiegły do swoich pokoi. Po kilku minutach przybiega do taty zdyszana Kasia. Na policzkach wypieki czerwone jak rzodkiewki, grzywka przyklejona do spoconego czoła.
– Sprzątnęłam! – zadowolona melduje; ręka wyprostowana po zapłatę. Tato sięga po portfel, kiedy na paluszkach jak baletnica, podchodzi drobniutka Tita. Ściskając pod pachą Małego Ponny z poważną miną oznajmia:
– Dado, nie mam chęci na sprzątanie. Ty posprzątaj mój pokój. Proszę… – wyciągając dłoń podaje mu dolara.

Ze zdziwienia otworzyłam buzię, gdy Patka skończyła opowiadać o tym zdarzeniu. Nie dowierzałam, kręcąc głową wyobraziłam sobie minę Alexa i się zaśmiałam. Patce do śmiechu nie było.
Skąd u dziecka taki pomysł?- rozmyślałam.
Kaprys jakiś, cwaniactwo, logika myślenia, czy dziecięca fantazja?
Powód do troski, czy tylko nauczka dla nauczyciela?

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , | 20 Komentarzy

Wystawiaj się na próbę

Jeżeli myślisz, że potrafisz, to potrafisz. A jeżeli myślisz, że nie potrafisz, to masz rację.
Mary Kay Ash

Proste, wydawałoby się, ale co robić, kiedy nie wiesz, że potrafisz, a potrafisz. Myśleć niekoniecznie znaczy wiedzieć, a wiedzieć nie znaczy umieć. W jednej chwili myślisz, że podołasz, a za moment masz wątpliwości. Patrzysz a nie widzisz, czujesz a nie potrafisz opisać. Utknąłeś, nie wiesz co począć dalej. Skąd wziąć instrukcje, zasięgnąć porady, jak ruszyć z miejsca, bo brak pomysłu, umknęła ci idea.
Co wtedy?
Zrób krok do przodu; stamtąd widać lepiej. Pytaj, otwieraj, zaglądaj gdzie możesz, drąż ciągle i ucz się. Szukaj sposobności, wystawiaj się na próbę. Dorosły jesteś, nie ma innej rady.

Niespodziewanie wpadła mi w ręce jedna z najbardziej pokrzepiających baśni o słoniu Dumbo.
Przez większość swojej młodości Dumbo był pośmiewiskiem. Ciągle prześladowany za to, że miał wielkie uszy. Nienawidził ich, bo te uszy go dołowały. Pechowo, jednego dnia wypadł z samolotu. Spadał skazany na niechybną śmierć. Przerażony Dumbo zaczął machać uszami i wtedy stało się coś zdumiewającego. Okazało się, że potrafił latać!
Wielkie uszy, które dotychczas były dla niego ciężarem, teraz go unosiły.
Świat zaczął wyglądać inaczej.

Prawdopodobnie nie przeczytałabym tej baśni, gdyby nie moje wnuczki Kasandra i Thalia. One łakną takich opowieści, widzą rzeczywistość inaczej. Dla nich słoń nie jest za ciężki, by fruwać, a uszy to mogą być skrzydła. Marzenia nie mają granic i nie ma rzeczy niemożliwych.
A nam, by z nimi pofrunąć, wystarczy otworzyć dawno zamknięte dziecięce okno wyobraźni.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , | 9 Komentarzy

Darmowe pocałunki

Promienie słońca i świergot ptaków przebudziły mnie ze snu.
Za oknem bezchmurne niebo, w duchu też pogoda. Wyspana, uśmiecham się i przeciągam rozkosznie. Pierwszy lipca, dzień w którym nie sposób inaczej budzić się w Kanadzie. W kraju – zlepku języków, nacji, twarzy, być może setki kultur, w którym mieszkańcom, mimo różnic, przyświeca idea tolerancji i zgodnego współżycia. Uświadamiam sobie właśnie tego dnia, co roku.
Dzień zapowiadał się upalny, więc jak nie skorzystać ze świeżości poranka. Pełna energii wskoczyłam w szorty, w koszulkę na ramiączkach i zbiegłam po schodach. Wsunęłam stopy w tenisówki, chwyciłam za ciężarki i raźnie pomaszerowałam na ścieżkę. Wśród woni ukwieconych drzew, krzewów, wśród hello, good morning, how are you, mijałam pogodnych spacerowiczów. W ich spojrzeniach malowała się serdeczność.

Gdy wróciłam do domu, Andrzej krzątał się na patio, szykując brunch. Kładąc na stole talerz pachnących słodyczą owoców, zapytał:
– Masz chęć przypomnieć sobie dawne lata, zakosztować młodzieńczej fantazji?
Spojrzałam na niego zdziwiona, a on ciągnął dalej:
– Co powiesz na eskapadę do centrum miasta? Spodziewają się tam dzisiaj pół miliona ludzi. Takiego tłumu w Ottawie jeszcze nie było. A przy okazji zapraszam cię na kawę. Na tą najbardziej kanadyjską do Tim Hortonsa – usiadł, uśmiechając się kusząco.
Zaskoczył mnie. Ach ta euforia do tłumów! Starałam się przywołać to uczucie; przygasło. Na placu pod parlamentem bywaliśmy rok rocznie. Zawsze jednak w większym gronie, z dziećmi, rodzicami, znajomymi, z przyjaciółmi, ale tylko we dwoje? Rozweselona na dobre podjęłam wyzwanie.
– Na młodość i fantazję już mam ochotę! Z przyjemnością…
Dalsze słowa zadowolenia zagłuszył odgłos zbliżającego się samolotu. Zaciekawiony wzrok powędrował ku niebu. Znad drzew wyleciały „Snowbirds”. Dziewięć biało-czerwonych samolotów – chluba i wizytówka Kanady w lotniczej akrobacji grupowej. W szyku, jakby sklejone ze sobą w kwadrat przeleciały dostojnie nad głowami.
A my, dumnie nastrojeni pojechaliśmy na spotkanie z tłumem.
Jakże swojsko, na biało-czerwono wystroiło się nasze miasto. Ulice zapełnione mrowiem ludzi. Biało-czerwone ubiory, czapki, peruki, kapelusze, przepasani, owinięci biało-czerwonymi flagami, klonowe liście pomalowane na biało-czerwonych twarzach. Wszędzie rozbrzmiewało wesołe „Happy Canada Day”! Nieznajomi przechodnie pozdrawiali się radośnie, wzmagając klimat jedności. Tego dnia każdy, nawet turysta czuł się Kanadyjczykiem. Obserwując te promienne pełne uśmiechów oblicza zatykało mnie z podziwu.
Na deptaku Sparks Street kurczowo trzymałam się Andrzeja, by czasami nie zniknął mi w biało-czerwonym gąszczu. Podeszliśmy kawałek, skąd dobiegała muzyka. To gitarzyści z Ekwadoru przyciągali i porywali latynoskimi rytmami. Nogi same zaczęły dreptać, a biodra z ramionami poszły w ich ślady.
Nie sposób było przejść, tak gęsto ludzie rozsiedli się w najlepsze na trawniku przed parlamentem, gdzie na mega scenie trwały gorączkowe przygotowania do koncertu uwieńczonego fajerwerkami. Honorowi goście to książę William i księżniczka Catherine. Już dzień wcześniej wielbiciele zajmowali miejsca przy ustawionych barierkach w nadziei, że będą mogli z bliska zobaczyć, a może nawet pozdrowić przyszłych monarchów, przed południem w czasie pompatycznego przejazdu odkrytą karetą ulicami miasta lub podczas wieczornej gali.
Kiedyś nie potrafiłam zrozumieć fascynacji rodziną królewską w tym kraju. Zdawała się śmieszna. Z upływem lat, jednak, choć bez przesady, dzielę ją z innymi. Ona nas do siebie zbliża, wnosi w życie urok i koloryt dawnych lat, wyzwala marzenia. Wprowadza w niezwykły świat bajki. Wciąż w nas żyje. Dopóki istnieją księżniczki i książęta, nasza bajka jest prawdziwa.
„Come Together” Beatelsów doleciało z oddali. Przy moście na Rideau za pełnym banknotów otwartym futerałem wyginał się niezgrabnie podtatusiały hipis. Wspomnienie młodości zagrało na tęskną nutę, że aż ścisnęło w dołku.
Nad kanałem, w pobliżu National Art Center czworo młodzieńców, znowu z Ameryki Łacińskiej, grając i śpiewając rozbawiali zebranych wokół sceny. Wielu tańczyło. Latynosi, Azjaci, Europejczycy, Afrykanie wywijali salsę. My też czym prędzej ruszyliśmy w tany.
Na placu obok pomnika wojny mijaliśmy dwóch wyrostków.
– Popatrz na tych… – wskazując na nich puściłam do Andrzeja oko. Nieśli planszę z napisem FREE KISSES.
– Czego to ludzie nie wymyślą – zaintrygowana pomysłem przystanęłam. Nie dowierzając śmiałam się w głos, gdy co rusz przechodzące panie, dziewczyny, a nawet chłopaki nastawiając policzki do pocałunków, korzystali z kanadyjskiego ciepła i serdeczności. Tego dnia wszyscy są dla siebie braćmi. Wszyscy się kochają.
To magiczny dzień, pomyślałam. Podniosłam głowę, patrząc na błękit w górze zanuciłam w myślach:
Oh Canada… dzisiaj jestem Twoją.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , | 12 Komentarzy

My Hero

Dojrzałam w Nim mojego Naj.
Wrażliwy, ciepły, rozsądny, mądry, silny – My Hero.

Na każdą myśl o Nim, ciarki przelatywały mi po całym ciele. Rozkoszowałam się jego zapachem, każdym słowem, każdym dotknięciem. Takiego uczucia nie znałam.

W Andrzeju nie zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Nasza miłość rozwijała się z dnia na dzień. Pogłębiała z tygodnia na tydzień. Z miesiąca na miesiąc rosła i rosła, aż stała się pełna, głęboka i dojrzała.

W promieniach słońca połączyliśmy dwa życia w jedno. W tę ostatnią, przepiękną sobotę czerwca prażyło niemiłosiernie. Żar lał się z nieba.
W cieniu kościelnych murów niosły się dźwięki skrzypiec – koledzy ze szkoły muzycznej grali Ave Maria. Siostry wtórowały pochlipując ze wzruszenia, mamy ocierały łzy, ojcowie trzymali fason. Andrzejowi świadkowała kuzynka Majka, a Sławek stał u mojego boku. Rodzina, przyjaciele, znajomi, przeżywali ten dzień razem z nami…

Zdawałoby się niedawno, a mija 35 lat.
Kochanek, przyjaciel, kompan, mąż zawsze u mego boku. Rozumiał, spełniał moje zachcianki, znosił humory. Ocierał mi łzy, kiedy przychodziło dzielić smutki, cierpliwy do granic tłumaczył, że życie czasami nie jest fair. Promieniał, ściskał ciesząc się z moich radości. Nieustannie kochał.
W naszą koralową rocznicę ślubu ponownie sobie uświadamiam, że miłość, która w naszych sercach gości, dała mi dużo szczęścia i radości. Chcę nam życzyć, aby jak trwała orchidea kwitła dalej.
Jak to zrobić? Czym go zaskoczyć? Znamy się na wylot. Może wyśpiewać mu swoją miłość? Napisać wierszem co czuję?
A może zwyczajnie jeszcze raz powiedzieć:
Kocham Cię Dziubasie. Dziękuję, że przy mnie jesteś, bo Ty dla mnie, to tyle, co cały świat.
Przed nami ciągle wiele pięknych lat.
Pozostań tak cierpliwy jak do dziś i tak jak do dziś pozwól mi być szaloną.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | 14 Komentarzy

Szybko, szybko

W Kanadzie wpadłam w wir północnoamerykańskiego życia i tak gonię i gonię.
Na początku bardzo mi się to podobało. Nie zauważałam, że pędzę. Wytyczony cel rajcował, nadawał tempo. I tak mijał dzień za dniem. Mijały lata. Po paru się ocknęłam, kiedy do ucha wpadło mi angielskie powiedzenie: „stop! and smell the roses”. Zatrzymałam się, cofnęłam myślami do szczecińskich czasów przypominając ówczesne pragnienia. Po chwili uświadomiłam sobie, że już je zrealizowałam. Wówczas zaczęłam się zastanawiać, co jest naprawdę ważne i zwolniłam. Zmieniłam priorytety: zapragnęłam więcej miłości i słońca. A pod wpływem słońca zakiełkowały nowe marzenia. To one mnie znowu popędziły.
Przez następne lata goniłam te marzenia, sięgałam po lśniącą gwiazdę, tę moją. TĘ, która dla mnie świeciła.
Już ją prawie mam, jest tuż, tuż, tuż. Mam wrażenie, że ją chwytam.
Z tym uczuciem przyszła potrzeba, by zwolnić i rozkoszować się każdą chwilą. Przestać się spieszyć.
Ale nie pamiętam już jak to się robi. To sztuka wymagająca nauki. Na nowo muszę nauczyć się żyć.
Sięgnęłam do książek. W ręce wpadł mi wiersz Danuty Wawiłow:

Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj!
Szybko, szybko, stygnie kawa!
Szybko, zęby myj i ręce!
Szybko, światło gaś w łazience!
Szybko, tata na nas czeka!
Szybko, tramwaj nam ucieka!
Szybko, szybko, bez hałasu!
Szybko, szybko, nie ma czasu!

……
Zmęczyłam się, poczułam przyśpieszony puls. Ze zdziwienia na jakie słowa trafiłam, podniosłam brwi, wybałuszyłam oczy, ale wzrok popędził dalej.

Na nic nigdy nie ma czasu?

w tym momencie uśmiech przylepił mi się do twarzy, bo…

ja chciałabym przez kałuże
iść godzinę albo dłużej,
trzy godziny lizać lody,
gapić się na samochody
i na deszcz, co leci z góry,
i na żaby, i na chmury,
cały dzień się w wannie chlapać
i motyle żółte łapać
albo z błota lepić kule
i nie spieszyć się w ogóle…

Chciałabym wszystko robić wolno,
ale mi nie wolno.

A właśnie, że wolno! – krzyknęłam i odłożyłam książkę.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Rozumu słuchać, czy serca?

Zainspirowana komentarzem Krystyny z RPA.
Krystyna Zyluk-Zylinska pisze:
Maj 14, 2011 o 6:06 am

Kartkuję we własnym życiorysie, szukam w nich rozdroży. Punktów zwrotnych mojego życia, gdy przychodziło mi podejmować decyzje, w skutek których zabrnęłam TU gdzie jestem.
Wróciłam myślami do chwili, kiedy wkurzona na rzeczywistość obwieściłam: „wyjeżdżam”!
Nie była to wówczas trudna decyzja. Urastała do takiej stopniowo, poczynając od przekonywania Andrzeja na emigrację do Kanady. On widział to inaczej. Analizował, rozważał konsekwencje, pouczał mnie o zrywaniu więzów i zaczynaniu od zera. Ostrzegał przed niewiadomymi, straszył trudnościami, wątpił czy podołam. „Pamiętaj, że z tej drogi nie ma powrotu!” – uświadamiał. Mimo tego jej nie zmieniłam. Z czasem, dopiero w miarę, gdy piętrzyły się przeciwności, wzmagała nerwowość,  zaczęłam czuć wagę tej decyzji. Urosła do najtrudniejszej, jaką przyszło mi w życiu podjąć.
Ale chwileczkę… O ironio!
Nie stanęłabym przed tym wyzwaniem, gdybym wcześniej, nie podjęła decyzji: „nie pojadę”!
Będąc nastolatką, miałam z całą rodziną wyjechać do Peru. Wtedy  nie pojechałam. Do buntu skłoniła mnie miłość. Ta pierwsza, szalona; ślepo zakochana, dla NIEGO zostałam.
Postanowienie to, inaczej niż zamierzałam, diametralnie zmieniło moje życie. Po kilku miesiącach gorzko doświadczyło – ON przestał mnie kochać – zostawił samą z tym w co wierzyłam.
Przeznaczenie jednak rządzi się swoimi prawami. Los zesłał mi Andrzeja. Pozwolił widzieć przyszłość dojrzałymi oczyma, otworzył okno na świat. Ponownie dał mi szansę poznania Peru. W Peru, bratnia dusza zasiała we mnie nasionko emigracji do Kanady.
Przywiodły mnie więc te decyzje TU, gdzie jestem.
Najtrudniejszą podjęłam słuchając rozumu, a słuchając serca podjęłam tą najistotniejszą.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , | 4 Komentarze

Pamiętaj

W drogę wyruszaj z przyjacielem. Jemu możesz powiedzieć: „boję się”

James Taylor & Carole King – You’ve Got a Friend (HQ) (Uploaded by Tornike Ivanishvili)

Opublikowano Uncategorized | Otagowano | 3 Komentarze

Kraina słońca, bogów i migdałów

Bo to się zwykle tak zaczyna, że nie wiesz kiedy ani gdzie… sama nie wiedziałam, że moja słoneczna przygoda zacznie się od Grecji, a właściwie z dala od niej mieszkających Greków. Oni rozgrzali mnie najpierw. To oni tchnęli we mnie ducha południa. Oczarowali usposobieniem. A ich muzyka i zabawy? Działały na mnie jak narkotyk. Z radości chciało się krzyczeć. Opa! – rozlegało się dokoła, bouzouki porywały i nikt nie musiał czekać, żeby być poproszonym do tańca. Tram, trataaam… na dźwięki sirtaki, zbratane dusze zapełniały parkiety. W kółeczku bawili się wszyscy razem, starzy i młodzi. W podskokach opiewali radość życia. Z rozpostartych ramion wyzwalały się dusze. Szczęśliwe twarze, a ja upojona wśród nich. Kołysząc się, podnosiłam ręce najwyżej jak mogłam. Sięgałam nieba!
Lazur nieba odbijał się w morskiej wodzie, kiedy ujrzałam go na Halkidiki, krainie słońca. Zdobił białe domy na wzgórzach. Widoki urzekały, jak obrazki z bajki. Rozkoszowałam się ciepłem na plaży i w cieniu rozłożystych drzew. Spadały z nich zielone owoce. Rozłupywałam je na kamieniu. Chrupałam słodkie, pachnące migdały, prosto z drzewa!
Odkąd pamiętam, zawsze ciągnęło mnie do miasta. W Salonikach rozbrzmiewała symfonia klaksonów. Trąbił każdy na każdego. Początkowo wzdrygały; szybko przywykłam, bo po chwili już zlewały się z gwarem w jedną harmonię. Miejskiego skwaru nie sposób wytrzymać, chyba, że w kafejce, w cieniu pod arkadami. Nauczyłam się tam sztuki picia kawy. Frape ucierało się, jak kogiel-mogiel, z namaszczeniem i piło powoooli, jeeedno, godzinami. Wkoło wrzały rozmowy, poznałam wcześniej ich temperament.
Dziwiło, gdy z upływem wieczoru, u nas pustoszeją, a tam ulice się zapełniały. Gwarne lokale ze stolikami na zewnątrz w ukwieconych ogródkach, po porannym zgiełku odżywały ponownie, lecz tym razem zabawą. W to mi graj, nocnemu markowi jak ja.
I choć euforia trochę przygasła, gdy robiliśmy zakupy, bo od obcokrajowców żądano podwójnie, to jednak zachwyt ciągle pozostał.

Αγαπημένο κομμάτι, απο τους ζιγκ ζαγκ.
Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , | 4 Komentarze